ŚLUB,  ZWIĄZEK

Bilet w jedną stronę. #pogadajmyomałżeństwie

Marta & Łukasz
Our Teeny Heaven

Zacznijmy od odpowiedzi na fundamentalne pytanie – czym jest miłość?

Marta: Miłość dla mnie to już nie tylko motyle w brzuchu, maślane oczy i przysłowiowy banan. To mimo worów pod oczami, nieprzespanych nocy, niedojedzonych śniadań, zatrzymanie się dla niego. Gdy ktoś potrafi zrobić Ci herbatę, kanapki do pracy, przykryć Cię kocem, wyręczyć… choć po całym dniu pracy i nocce zafundowanej przez mini zoo sam wygląda jak zombie. Tyle warta jest Twoja miłość ile potrafisz z siebie dać. To takie moje motto ostatnio bo miłość której doświadczam tak w małżeństwie, jak i w macierzyństwie, potrafi mnie rozciągać i kruszyć po to, abym przestała być tylko dla siebie, a zaczęła coraz bardziej dla nich. Poniekąd miłość jest umieraniem.  

Łukasz: To jest nieustanne dawanie siebie. Do całkowitego zapomnienia o sobie samym. To przełożenie potrzeb drugiej osoby nad swoje. Miłość to decyzja na dobre i na złe, na zawsze razem, przy sobie. No matter what. 

Jeśli właśnie tym jest dla Was miłość, to co sprawiło, że zdecydowaliście się na małżeństwo? Dlaczego spośród tylu różnych dróg wybraliście właśnie tę?

Marta: Dla mnie to było oczywiste. Wiedziałam, że nie mogę budować na innym fundamencie niż na Jezusie. Dlatego w grę wchodził tylko człowiek wierzący w Boga. Ponadto, to musiał być ktoś wierzący bardziej ode mnie tak, by mnie niósł kiedy będę upadać, by ciągnął naszą łódeczkę ku Górze. To była kwestia zero-jedynkowa. Albo rybki…

Łukasz: Taką drogę zawsze miałem w sercu. Od zawsze chciałem być mężem i ojcem. Dziś wiem, że chcę być najlepszym, a do tego uzdolnić mnie może tylko Jezus… oraz moja bezkompromisowa żona (śmiech). Wiele lat przed poznaniem Marty już się do tego spotkania przygotowywałem, praktycznie codziennie się za nią modliłem (spraw Boże by miała dobry dzień, rozraduj jej serce i rozkochuj w sobie jeszcze bardziej…).

Marta: Tak, tak… miałeś też listę życzeń do Pana Boga, jak w sklepie spożywczym – niech ma duże oczy…

Łukasz: Bóg lubi konkretne prośby i moje akurat wszystkie spełnił. (śmiech)

Jaki był dzień Waszego ślubu i jaka jedna rzecz utkwiła Wam z niego w pamięci?

Ślub był niezwykły. Czuliśmy, że niebo zstąpiło na ziemię i wstawiało się za nas. Mimo zgiełku i stresu tuż przed, sama ceremonia była pełna pokoju i łez wzruszenia. 

Jak rozumiecie słowa przysięgi, którą złożyliście sobie przed Bogiem? W jaki sposób wypełniacie ją w Waszej małżeńskiej codzienności?

Marta: Z każdym rokiem słowa przysięgi rozumiem coraz bardziej. Szczególnie chyba kwestie „tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci”. Po tych niespełna 7 naprawdę udanych latach małżeństwa, nie wiem jak można z kimś wytrzymać bez Bożej interwencji. (śmiech)

Łukasz: W życiu codziennym ta przysięga musi zostać przekuta w czyny i zachowania. Innymi słowy wróć do punktu pierwszego! MIŁOŚĆ.

Czy coś zmieniło się w Waszym życiu po ślubie? A jeśli tak, to co?

Marta: Co do uczuć – na pewno głębiej przeżywamy swoją relację, jesteśmy bliżej siebie niż kiedykolwiek. W wymiarze technicznym –  jest nas po prostu coraz więcej, co przekłada się na intensywność życia, a nie rzadko walkę o naszą relację. Gdy czas pędzi jak pendolino, każdy moment jest dobry by powiedzieć, że kochasz. Wykorzystujemy każdą okazję na kontakt z bazą. Staramy się pielęgnować nas na każdym kroku, bo czas jest na wagę złota. Łapiemy chwile. To jest coś, co wypracowaliśmy na przestrzeni lat i poniekąd dzięki naszym dzidziutkom, które ogarnialiśmy w pocie czoła tak, że nie starczało nam już sił na nas. Jeśli zdarza nam się marnować dany nam czas, mam regularnego focha.

Łukasz: Czwórka dzieci, brak snu, życie na nadludzkich obrotach – to są zmiany na przestrzeni siedmiu lat naszego małżeństwa. Ale pragnienie bliskości, poznawania siebie nawzajem nieustannie rosną.

Co sprawia, że każdego dnia na nowo wybieracie siebie? 

Marta: Ach te oczy, te oczy zielone… (śmiech). My już wybraliśmy.  Raz. Siebie w Trójcy z Jezusem. To właśnie jest ten fundament, na którym budujemy. A jeśli nawet czasem latają talerze, to tylko po to, abyśmy stając pod krzyżem mogli sobie nawzajem wybaczyć i wrócić do siebie na nowo. Na domiar tego wszystkiego, ja go po prostu kocham z całej epy!

Łukasz: Na dobre i na złe. To jest bilet w jedną stronę. A tak na poważnie – Jezus mnie wybrał i nie odrzuci mnie choćbym był najgorszym draniem… dlaczego więc ja miałbym kogokolwiek osądzać, przekreślać? 

Wasza rada dla osób przygotowujących się do małżeństwa?

Do Kobiet: Do momentu ślubu możecie wszystko wynegocjować, po ślubie jest już pozamiatane. Dlatego jakiekolwiek kwestie należy wymóc na wybranku przed ślubem. Szczerze polecam! (śmiech)

Dla Mężczyzn: Zabierzcie swoje kobiety na taki kurs przedmałżeński po którym pary się rozstają. Taki kurs wszystko Wam wyjaśni. Padną tak konkretne pytania, że będziecie się po każdym spotkaniu kłócić przez tydzień – tak jak my (śmiech). Nasz kierownik duchowy, znakomity jezuita, zwykł mawiać, że on przygotowywał się 14 lat do kapłaństwa (które jest łatwiejsze niż małżeństwo), a my mamy zaledwie 6 spotkań przedmałżeńskich, które mają nas przygotować do wspólnego życia. 

…i może jeszcze dla świeżo upieczonych małżonków? 

Starajcie się patrzeć na tę drugą osobę oczami Chrystusa, pamiętajcie, że On jest przy Was w chwilach trudności. Nie zapominajcie, że zaprosiliście Go do Waszego małżeństwa i On chce być między Wami w każdej sytuacji. Nie poddawajcie się na pierwszym lepszym zakręcie – choćbyście byli chodzącą miłością, życie będzie rzucało kłody pod nogi, dlatego ponad wszystko trzymajcie się Chrystusa. Tylko z Nim i przez Niego dojdziecie wspólnie do wieczności – a taki jest cel małżeństwa.

A w praktyce, cytując naszych przyjaciół z 20-letnim stażem i dorobkiem sześciorga dzieci, jak Wam mąż kiedyś wyjdzie po kłótni z domu, to po powrocie przyjmijcie go jak bohatera bo właśnie wrócił z pola walki. W was pęknie ostatni bastion dumy, a On się mega zaskoczy. 


______________________________________________________________________________

Pozostałe wpisy z serii

POGADAJMY O MAŁŻEŃSTWIE



Czegokolwiek byśmy o sobie nie powiedzieli, to czy to wystarczy, by opisać kim jesteśmy? Czy zainteresowania, obecne zajęcie lub praca są w stanie wyczerpać treść słowa ,,ona” i „on”’? Możemy powiedzieć, że jej ulubiony kolor to niebieski a jego czerwony; że ona nie wyobraża sobie poranka bez kawy a on bez herbaty; że ona dorabia na waciki (i ślub) ucząc chemii i biologii, w wolnym czasie eksperymentuje w kuchni z potrawami z różnych stron świata, amatorsko robi sesje zdjęciowe i zajmuje się ich obróbką, podczas gdy on interesuje się historią, polityką międzynarodową, podróżami i dobrymi piwami. Możemy, ale czy to wystarczy? Co sprawia, że ona to ona, a on to on? To co umiemy, to co robimy, to z kim rozmawiamy? To, co mamy, co chcemy mieć, co nigdy nie będzie nam dane? Cały czas brakuje tu tego ,,czegoś”. Brakuje w tym wszystkim ducha. Bo to właśnie duch – nasze serce określa i determinuje kim jesteśmy. Serce w którym jest wielka dziura. Dziura, której nie możemy wypełnić sobą nawzajem, a którą może wypełnić tylko Bóg. Dlatego mówimy o sobie: TRÓJCA DO PARY. Bo jak pisał abp Sheen: „Żeby serce kochało, konieczna jest trójca – Kochający, kochany oraz Miłość sama.” M&M