RODZINA,  WIARA

On: JPII

Taka sytuacja. Niedawny 2 kwietnia stał się okazją do przetoczenia się przez Internet i media fali obrazków, tekstów, memów i wszelkiego rodzaju treści związanych z naszym papieżem. Niech za przykład posłuży funpage znanej ostatnimi czasy aktorki Barbary Kurdej – Szatan (nomen omen), która nie omieszkała wspomnieć o rocznicy śmierci Jana Pawła w postach z mnóstwem hashtagów i serduszek. Ta sama osoba kilka dni wcześniej nie krępowała się, by reklamować czarci marsz i wykrzyknikami okazać swój brak poparcia dla ,,zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej’’. Pomijając merytoryczność tego typu treści, ten jeden przykład doskonale obrazuje nasz polski stosunek do jednego z największych Polaków, jakich wydała ta ziemia. Krótko mówiąc: zabiliśmy proroka.

Dokładnie taki tytuł nosiła 24 teka Pressji wydawana przez krakowski Klub Jagielloński. Wielu autorów pochylało się tam tym jakże wstydliwym dla nas tematem. Bo jakże to: z jednej strony podobizny Wojtyły zdobią ściany wielu domów nad Wisłą, chyba w każdym mieście znaleźć można ulicę, aleję, park czy rondo im. Jana Pawła II, tego patrona wybrało mnóstwo szkół i innych publicznych instytucji, a jednocześnie chyba nigdy wcześniej i nigdzie indziej papież nie spotykał się z takim niezrozumieniem i ignorancją dla swojej osoby.

Wielkie są zasługi naszego narodowego bohatera – w czasie, gdy czerwona mgła osiadła na dobre nad polską ziemią, on z Rzymu poderwał miliony i poruszył serca rzesz ludzi, z których narodziła się Solidarność. Swoją bezkompromisową walką o wolność i niezawisłość Polaków dawał wzór, bez którego rok 1989 z pewnością wyglądałby zupełnie inaczej. Jednym tchem wymienia się go obok Regana i Tatcher jako grabarza komunizmu. I słusznie, politycznej sprawności, a przede wszystkim skuteczności nikt nigdy Wojtyle nie odmawiał. Jednakże na całym świecie, a już chyba zwłaszcza na naszym własnym podwórku, zamknięto Jana Pawła właśnie w takiej politycznej klatce, zapominając, ignorując a nawet wprost walcząc z jego nauczaniem.

W Polsce zaś uczyniliśmy coś zdaje się jeszcze gorszego – kompletnie strywializowaliśmy przesłanie naszego rodaka, któremu tak bardzo na sercu leżał los Polski, nie tylko ten polityczny, ale i społeczny, ekonomiczny, kulturalny, a nade wszystko moralny i duchowy. Stawiamy papieżowi pomniki, fetujemy rocznice z nim związane, wpychamy na siłę w każde przemówienie, a już zwłaszcza w kościelne kazania, mając głęboko gdzieś jego encykliki, homilie, przemówienia, traktaty. Symbolem tego zjawiska stały się słynne kremówki, niemalże relikwie trzeciego stopnia, oferowane w Krakowie i Wadowicach w każdej kawiarni jako te jedyne prawdziwe, na które papież chodził po maturze. Albo przezwisko Jan Talerz Drugi, od serii zastawy stołowej z popiersiem Wojtyły. Kyrie elejson!

Jakże to płytkie, jakże dziecinne, jakie prostackie! Tu wszyscy, każdy z nas po kolei powinien uderzyć się w pierś, bo wszyscy jesteśmy częścią tego ciągle trwającego spektaklu pt. ,,Grzeczne dzieci Wielkiego Polaka’’. Nie chodzi tu wcale o przytoczonych na samym początku cele brytów, którzy zawsze będą wykorzystywać koniunkturę na cokolwiek, byleby tylko zyskać choć chwilę uwagi. My, zwykli szarzy Kowalscy powinniśmy zajrzeć w głąb siebie i zastanowić się nad sobą – cośmy zrobili z naszym papieżem?

W 2005 roku ukuto chwytliwe hasło: Pokolenie JPII. Cóż więc stało się z tym ,,przewrotnym pokoleniem’’, które mając okazję zapoznać się z dziedzictwem Jana Pawła, teraz wchodzi w dorosłość i zaczyna kształtować rzeczywistość wokół siebie? Czy choćby jeden z tych tak zakochanych w papieżu młodych z czasów ŚDM przeczytał jakąkolwiek encyklikę? Czy członkowie wspólnot, które obrały Wojtyłę za patrona, zapoznały się choćby z jednym krótkim listem napisanym w ciągu tak długiego pontyfikatu? Co się stało z Polakami, że mają tak głęboko gdzieś swego narodowego idola, rozpoznawanego na całym świecie obok Wałęsy, Chopina i Polańskiego?

Tu akurat odpowiedź jest prosta: nie pamiętamy o papieżu, bo nie chcemy o nim pamiętać. Jego przesłanie to nie kremówki obsypane cukrem pudrem, ani nie kajakowe wycieczki na Mazury, tylko budowanie cywilizacji życia, rozbudzanie w sobie poczucia odpowiedzialności za siebie i ludzi wokół mnie, a w końcu przestrzeganie ewangelicznego przykazania miłości. To wszystko nie są łatwe sprawy, to wręcz ciężka batalia ze złem, swymi niedoskonałościami, grzechami, egoizmem. To stwierdzenie, że nie jestem sam dla siebie, ale zostałem stworzony na obraz i podobieństwo Boga, który nie tylko daje mi całą ziemię, bym czynił ją sobie poddaną, ale także wymaga miłości do siebie i bliźnich. A przecież nic tak bardzo nie boli człowieka i nie godzi w jego ego, jak właśnie wymagania i odpowiedzialność.

Nie pomagają w tym nasze rodzime ,,elity’’, które jeszcze za życia papieża wprost odrzuciły jego przesłanie, uznając je za budowanie ,,teokracji’’, przewrotne nawoływanie do ,,totalitaryzmu religijnego’’ czy wznoszenie na gruzach komunizmu ,,państwa wyznaniowego’’. Miłosz, Kołakowski et consortes jawnie sprzeciwili się wizji cywilizacji miłości, bez ogródek pisząc na łamach znanej do dziś gazety chociażby o tym, iż zakaz stosowania antykoncepcji to ,,strzelanie sobie w stopę’’. To były przełomowe lata 90. A jak jest dzisiaj?

Co trzecie małżeństwo się rozpada, antykoncepcja rozpowszechniona jak nigdy wcześniej, dzieci wychowujące się bez jednego bądź obojga rodziców spotykane na każdym kroku, seks przedślubny i konkubinat przyjęty już za normę i nawet niespecjalnie kogokolwiek oburzający. Do tego nienawiść, zazdrość, kłótliwość wprowadzające podział tak głęboki, jakiego nie było bardzo dawno, niszczący rodziny i relacje. Do tego nieludzkie prawo pozwalające mordować bezbronnych ludzi w majestacie prawa, gdy w tym samym czasie w sali sejmowej wisi krzyż Zbawiciela, a w każdym mieście pomnik JPII. To skala hipokryzji, w jaką popadliśmy i przewrotności, jaką osiągnęliśmy.

Jednak nie wszystko stracone. Rany można zaleczyć, domy odbudować, kłótnie zażegnać, żale wybaczyć, a nienawistnych pogodzić. To wszystko wymaga od nas ciężkiej pracy nad ,,odnową ziemi, tej ziemi’’. Potrzebujemy nowego Ducha, o którego wołał papież – potrzebujemy jak nigdy wcześniej. Bo cywilizacja miłości nie jest utopią, nie jest wizją, której nie da się zrealizować. To plan na całe życie, dla wszystkich rodzin, dla całego społeczeństwa. By to wszystko się powiodło, musimy wyzbyć się myślenia jedynie w kategoriach wadowicko-kremówkowych, a przestawić się na rzeczywiste wdrażanie papieskiego nauczania w naszą codzienność. Zacząć można chociażby od normy personalistycznej, która przyświecała Wojtyle od samego początku akademickiego nauczania: ,,Osoba jest takim bytem, wobec którego jedyną godną postawą jest miłość’’. Nie używaj więc osób, a je kochaj. Stawiaj BYĆ nad MIEĆ. To przesłanie może zaakceptować każdy, nie tylko katolik. Bez względu na to kim jesteś, krzew miłość, a ,,zło dobrem zwyciężaj’’.

Papież sam mówił: przestańcie stawiać mi pomniki, a zacznijcie mnie czytać! Chociaż w tym jednym go posłuchajmy. Sięgnij więc po coś z Wojtyły, wzbogać swoją biblioteczkę nie o kolejne ,,Kwiatki Jana Pawła II”, tylko o papieską encyklikę. Podejmij trud jej przeczytania, pomyśl nad tym, co w niej napisane, a przekonasz się, że przydomek Wielki nie jest w przypadku Jana Pawła na wyrost.

To prawda. Może i zabiliśmy proroka. Ale jesteśmy chrześcijanami. A chrześcijanin wierzy w zmartwychwstanie.

M.

Ona: JPII