ZWIĄZEK

On: Kłótnia.

Jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził. Nie ma w tym z pozoru nic odkrywczego. A jednak, gdy pochylimy się nad naszymi relacjami, zwłaszcza tymi najważniejszymi i najbardziej dla nas znaczącymi, to dostrzeżemy, że rzeczywiście tak jest. Każdy ma wady. Wady są złe. Wady denerwują. Wady wkurzają. Wady bolą. Bardzo. Co z tym fantem zrobić? Ano spierać się!

Kłócenie się nie jest tragedią, ani jakąś porażką. Nasza spaczona pierworodnym grzechem ludzka natura sprawia, że w Arkadię wspólnego budowania więzi wkrada się egoizm i zaleczanie kompleksów. Warto pochylić się nad tym skąd kłótnia się bierze. Każdy człowiek po chwili namysłu zda sobie sprawę, że niektóre negatywne i pejoratywnie nacechowane działania drugiego sprawiają, że wybuchamy niczym wulkan. Są też jednak takie, w zależności od okoliczności, które mimo swego złego charakteru owszem – sprawiają nam ból, ale jesteśmy w stanie przełknąć się gorzką pigułkę i iść w dalej przez krainę zwaną Vanitas.

Dlaczego tak się dzieje? Jeśli możemy podejść do drugiej osoby z wyrozumiałością i puścić w niepamięć urazy, zaś inne czynniki, choćby na chwilę pominiemy (weźmy za przykład sytuację, gdy dokładnie ta sama osoba, w tych samych okolicznościach nas wnerwia, a raz nie), to musimy dojść do wniosku, że kłótnia rodzi się nie w tym paskudnym, wrednym, złym, gniewnym, czy złośliwym drugim człowieku, a w paskudnych, wrednych, złych, gniewnych i złośliwych nas samych.

Przeczytaj także: Szczere przebaczenie łączy się ściśle z miłosierdziem.

Bo tak naprawdę kłótnia rodzi się nie przy różnicy zdań, nawet tej najbardziej zażartej, ale gdy ta wymiana wymyka nam się spod kontroli. Gdy sami przestajemy nad sobą panować i nie pragniemy jak cywilizowani ludzie usiąść i rozmawiać, tylko wolimy jak jaskiniowcy okładać się maczugami po głowach, żywiąc pocieszną nadzieję, że tą maczuga wbijemy drugiemu do łba nasze zdanie.

Wszelkie problemy w budowaniu relacji biorą się z faktu, że nie patrzymy na drugiego jak na podmiot – równorzędną nam osobę, ale jak na przedmiot – środek do zaspokajania naszych braków, potrzeb czy pragnień. Doliczając do tego babskie humorki i buzujące hormony, a z drugiej strony męską dumę i ,,ja to wam wszystkim pokażę”, dostajemy buzujący kocioł, który tylko wystarczy wstawić na ogień i patrzeć jak zaczyna kipieć.

Kluczem do tego, by nie być jak jaskiniowcy, jest zdanie sobie sprawy, że przed tym nie uciekniemy. Ludzkiej natury zmienić się nie da (choć byli tacy co próbowali – zazwyczaj kończyło się to stosami trupów i piramidami układanymi z ludzkich głów), więc albo zaakceptujemy taki stan rzeczy, albo będziemy tupać nóżką i z zadartym noskiem stękać ,,nie!”. Mamy tylko jeden świat, więc możemy go albo zmienić na lepsze, albo pogrążyć w odmętach egoizmu. Jak mawiała Matka Teresa z Kalkuty: jeśli chcesz zmienić świat, idź do domu i kochaj swoją rodzinę. Miłość jest więc odpowiedzią na wszystkie bolączki tej ziemi.

Przeczytaj także: Czym jest miłość?

Gdy popatrzymy na drugiego z miłością – widząc, że ma dziś zły dzień, że jest zła pogoda, że nadszedł czas kobiecej niedyspozycji (jakże eufemistycznie, nieprawdaż?), to będziemy w stanie podejść do siebie nawzajem po ludzku, a nie po jaskiniowemu. Oczywiście, jak powiedział mi kiedyś pewien mądry człowiek: ja to wszystko rozumiem, ale nie wszystko usprawiedliwiam. Jednak nawet, jeśli nie usprawiedliwiam, to nie muszę odpowiadać tym samym. Św. Paweł w Liście do Rzymian zostawił nam prostą, acz genialną wskazówkę: Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj. Dobrem, znaczy Miłością. Idź więc i kochaj. I nie bądź jaskiniowcem!

M.

Ona: Kłótnia.