On: Miłość.

Czym jest miłość? Ludzie zadają sobie to pytanie od wieków, piszą książki, eseje, wystawiają dramaty, analizują, przetwarzają, rozmyślają, filozofują. Pytanie tylko – czy w ogóle jesteśmy w stanie tak pożądanej odpowiedzi udzielić?

Każdy, kto miłości doświadczył przyzna, że to nie tylko coś miłego i przyjemnego, nie tylko coś wymagającego i odpowiedzialnego. Ale zawsze ,,coś więcej”. To ,,coś więcej” sprawia, że miłość wymyka się wszelkim racjonalnym i ludzkim próbom ujęcia w ramy. 

Jednak by pochylić się nad tym ,,czymś więcej”, należy wpierw dokonać podstawowego rozróżnienia w międzyludzkich relacjach. Świat serwuje dziś, a zaczęło się to mniej więcej w okresie romantyzmu, bardzo infantylną wizję miłości. Choć bardziej poprawny byłby zapis ,,miłości”, gdyż z tą prawdziwą nie ma to nic wspólnego. 

Wskazana wizja opiera się na kompletnym pomieszaniu, zastąpieniu i zlaniu się trzech, jakże pięknych, stanów damsko-męskich kontaktów (z racji tematyki na takich relacjach się skupię). Mianowicie: zauroczenia, zakochania i właśnie miłości. Należy zastanowić się nad istotą każdego z nich, by potem choćby spróbować wyjaśnić, dlaczego z definicją miłości mamy taki problem.

Zauroczenie to stan bardziej biologiczny niż duchowy, choć i w nim można doszukiwać się metafizycznej cząstki. Zauroczenie, jak samo słowo wskazuje – w domyśle mamy tam urok – to stan pewnego zaczarowania, zachwycenia. Przeciętny człowiek potrafi się zauroczyć do kilku razy w tygodniu, w czym trudno doszukiwać się jeszcze czegoś złego, bo jakżeby tu nie westchnąć nad urodą mijanej niewiasty, czy interesującą konwersacją, nawet na służbowe tematy. Nasza czysto fizyczna fascynacja, nie opierająca się na głębszych aspektach relacji, jest naturalna i czasami nawet zwierzęco pierwotna. 

Zakochanie to coś o wiele bardziej poważnego. To stan zdecydowanie emocjonalny, z coraz większą domieszką nadnaturalnego pierwiastka. Bo oto zaczynamy w drugiej osobie odkrywać jej cechy wewnętrzne, przestajemy patrzeć na nią jak na atrakcyjny kawałek ,,mięsa”, a powoli zaczyna jawić się po drugiej stronie podmiot, posiadający swoje atrybuty i określone właściwości serca. To piękny czas, gdyż owo poznanie ogranicza się tylko do samych pozytywów. Człowiek zakochany patrzy przez różowe okulary, będąc zadurzonym i ślepym na wady, które przecież każdy posiada. To stan wielkich uniesień i ogromnych poświęceń. Jest to jednocześnie okres niezwykle egoistyczny, bo za tymi wszystkimi kwiatami, rozmowami po nocach i pustym portfelem po radosnej randce kryje się chęć zaspokojenia tą osobą. Nadal nie mamy w pełni przed oczyma podmiotu, a tylko jego wizję, która pasuje lub nie do mnie i moich potrzeb. 

Dlatego właśnie tak wiele par, które nie potrafi dostrzec różnic między tymi trzema stanami, rozstaje się po dłuższym bądź krótszym czasie, bo zadurzenie i motyle w brzuchu zakochania traktuje jak miłość. 

A czymże ona jest? Stosując analogię i dostrzegając, że każdy ze stanów jest ,,wyższy”, stopniujemy je jak przymiotniki, to miłość powinna być stopniem najwyższym. Skoro zauroczenie opierało się głównie na sferze fizycznej, zakochanie emocjonalnej, to odpowiednio miłość, jako najwznioślejsza z nich, powinna, i rzeczywiście tak jest, być czysto duchowa.

Miłość to stan – nie emocja, nie pociąg, a właśnie pewna określona sytuacja całego naszego ja. Bo opiera się ona na duszy i rozumie. To poznanie drugiej osoby razem z jej wadami, co jest wcześniej niemożliwe ze względu na różowe okulary. Nasuwa się więc nam czynnik czasu. Nie można kogoś poznać, nie mówiąc już o wadach, które skrzętnie na samym początku ukrywamy, po tygodniu czy miesiącu randkowania. Co więcej, samo poznanie nie wystarczy, bo to tylko sfera rozumu. Trzeba jeszcze tę osobę zaakceptować i przyjąć, otworzyć się na nią, wejść w dialog. Greckie διάλογος to, przywołując ks. Węgrzyniaka, rozmowa dwóch logosów. A logos to rozum, intelekt, myślenie, racja, sens, ,,myśląca część duszy”, jak chciałby Arystoteles. Potrzebne jest więc spotkanie dusz. A ducha nie można podzielić, nie da się mu uciąć ręki, odrąbać głowy, jakkolwiek makabrycznie w sferze fizycznej by to nie było. Ducha trzeba przyjąć w całości, z wadami i zaletami, z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Z cały bagażem i nadchodzącym dodatkiem. 

Ale i to nie wystarczy. Nie tylko samo otwarcie się i przyjęcie – to potrafiłby każdy przy odrobinie dobrej woli. Miłość – i tu dochodzimy do sedna – to WYBÓR tej osoby spośród miliardów innych. I WYBÓR to nie byle jaki, bo to WYBÓR dobra, w szczególności tego najwyższego, czyli zbawienia. Nie kocha prawdziwie ten, kto nie wybiera drugiej osoby w pełni świadomie, bez emocji i uczuciowego zachłyśnięcia się. Miłość to akt duszy – logosu, który sprawia, że ,,mój Miły jest mój, a ja jestem Jego”. Idąc jeszcze dalej, wybór ten musi być bezwarunkowy, co nie znaczy, że bez wymagań (gdy pragnę czyjegoś dobra, muszę mu stawiać wymagania, bo inaczej pogrążyłby się w odmętach własnej niegodziwości). Gdy stawiamy warunki (jeśli zrobisz X, to ja zrobię Y – w domyśle będę cię kochał), to znowuż stawiamy dobro na pierwszym miejscu, ale nie kochanej osoby, a swoje. Miłość w końcu ,,nie unosi się pychą”.

I ostatnia kwestia, którą warto poruszyć. Dlaczego każdy opis, także ten przydługi powyższy wywód, nigdy nie uchwyci ,,tego czegoś” miłości? Odpowiedź jest prosta, a daje ją nam św. Jan – bo to ,,Bóg jest miłością”. Skoro to Bóg jest miłością, to jakże mały ludzki umysł może ją objąć? Dlatego to coś jest dla nas nieuchwytne, bo jest transcendentne, nie pochodzi z tego świata. A gdy próbujemy ująć w ramy coś, co jest z istoty wieczne i nadnaturalne, to otrzymujemy albo złotego cielca, albo żałosną karykaturę (co jest kolejnym powodem mizerii współczesnych związków bez Boga).

Kończąc, chciałem przywołać niezwykle hollywoodzki motyw, jakże przepełniony amerykańską tkliwością. W filmie Christophera Nolana ,,Interstellar” jedyną siłą zdolną przekraczać wymiary i potrafiącą wyrwać się z objęć grawitacji jest właśnie miłość. I mimo iż wizja to bardzo infantylna, to ma w sobie jednocześnie sporo racji. Tylko miłość jest wieczna, przekracza granice światów i pokonuje największe przeciwności. A dowodem tego jest krzyż i na trzeci dzień pusty grób. 

M.

Ona: Miłość.