ZWIĄZEK

On: Okazywanie Miłości.

Po ,,rozprawieniu się” z istotą miłości, czas pochylić się nad tym w jaki sposób tę miłość okazywać i jak przyjmować jej okazywanie. Temat zaś wcale nie jest prostszy od poprzedniego, bo tak jak wcześniej zajmowaliśmy się teorią, wzniosłymi hasłami, a nawet pewną fanfaronadą, tak teraz przychodzi coś o wiele trudniejszego. Bo i jak tu kochać, gdy baba właśnie przechodzi PMS i sama nie wie co się z nią dzieje i czego właściwie chce, wiedząc jednocześnie, że wszystko dookoła doprowadza ją do istnej furii? Albo jak tu kochać, gdy chłop wraca podchmielony po ,,piwku z kumplami”, zataczając się i nie potrafiąc trafić czterema literami w fotel? No jak?

Przeczytaj także: Czym jest miłość?

Okazuje się, że jednak się da. Lecz nie jest to wcale takie cukierkowe, jakby się wydawało w pierwszych miesiącach randkowania. Otóż miłość, jak już sobie to ostatnio powiedzieliśmy, to wybór tej drugiej osoby, jej dobra i pragnienie jej szczęścia. W praktyce przyjmuje to często postać ugryzienia się w język, gdy już ciśnie się na usta złośliwy komentarz, przyniesienia kubka herbaty zasmarkanej zarazie, czy upichcenia choćby szybkiego obiadu, gdy okazuje się, że ukochany wraca dziś wcześniej.

Dlaczego właśnie tak? Gdyż jest to przełożenie sfery idei i wyboru na realne działanie. Zamiast wylać z siebie potok emocji, mówiąc może i nawet prawdę, WYBIERAM nie zrobienie tego, przyjęcie z pokorą dziwnego, złośliwego czy niestosownego działania drugiej osoby, by wskazać błąd nie przy innych, a w kontakcie jeden na jeden, tak by nie plamić dobrego imienia kochanej osoby. Zamiast siedzieć i scrollować po raz 5134 tego dnia ekran smartfona, WYBIERAM pójście do kuchni, wstawienie wody i zaparzenie ulubionej herbaty mej gorączkującej miłości. Zamiast rozpocząć kolejny odcinek iście pasjonującego serialu, WYBIERAM pokrojenie marchewki, ugotowanie makaronu czy podsmażenie kurczaka. Przecież mógłbym robić te wszystkie z pozoru fajniejsze rzeczy, bardziej mnie absorbujące i pozwalające mi się zrealizować na jakiejś płaszczyźnie. A jednak nie. Nie robię tego, bo WYBIERAM w wolności dobro nie tyle swoje, co tej drugiej osoby. To jest właśnie miłość w praktyce.

Trzeba jednak pójść krok dalej, bo i wraz z wiekiem wyzwania się zmieniają. Początkowy entuzjazm i chęć do pomocy wygaszają się, a w grę wchodzi rutyna, znużenie, zniechęcenie i inne szatańskie zagrywki złego. Dlatego właśnie w okazywaniu miłości trzeba się ćwiczyć i doskonalić, a nie po tryumfalnym pochodzie z fanfarami będącym owocem podniesienia i podania zrzuconej chusteczki spocząć na laurach. Bo miłość najbardziej próbuje się właśnie w codzienności, gdy trzeba iść do pracy, kolejny dzień z rzędu ugotować obiad, wstać do płaczącego dziecka, pojechać do ciotki szwagra od strony babci, którego to włosy wystające z nosa działają na nas jak płachta na byka. Tutaj zwykły ,,heroizm” przyniesienia kubka z herbatą nie wystarczy. Bo gdy człowiek nie jest w miłości zahartowany i do niej niejako ,,przyuczony”, to po prostu zastrajkuje. I z cudnego męża, żony, ojca, matki wychodzi uciekinier i zwyczajny tchórz.

I tu objawia się nam prawdziwy tytanizm kochania drugiej osoby. Bo jakiż to problem spakować się i bez słowa odejść? Ileż osób dzisiaj tak robi, bo nie zdają sobie sprawy czym miłość w ogóle jest? Czy w dobie pseudo-psycholożek i amatorów coachingu, serwujących nam hasła w stylu: ,,rób tylko to co lubisz, z tymi, którzy są fajni i Ci się podobają, a jeśli nie, to po prostu ich zmień”, albo ,,jesteś zwycięzcą i możesz wszystko”. Cóż za festiwal pychy. Można strzelić focha, tupnąć nogą i trzasnąć drzwiami? Oczywiście, że można. Co więcej, świat to dzisiaj promuje, w swym szatańskim zadufaniu i wierze we własne sięgające Himalajów możliwości. Ale czy tak wygląda miłość? Nie. To jest jej dokładne przeciwieństwo. Bo zamiast wybierać drugą osobę, wybieramy samych siebie, nasze dobre samopoczucie, nasze pragnienia, nasze zachcianki, nasze, nasze, moje, moje, ja, ja, ja. Prędzej czy później miłość sprowadzi się do prostego, a jakże brzemiennego w skutki wyboru, między JA, a MY.

Porównać to można do sceny z Matrixa, gdzie Morfeusz daje Neo do wyboru dwie pigułki. Jedna sprawi, że obudzi się nie pamiętając zupełnie wcześniejszych wydarzeń. Druga pozwoli mu wejść w zupełnie nowe, niesamowite bo i w końcu prawdziwe życie. Z miłością jest podobnie. Albo wybierasz wieczny sen zatopiony w Twoim ego, albo sięgasz po nowy, wspaniały świat – wspaniały, bo w końcu prawdziwy. Prawdziwy, bo ukazujący to, co rzeczywiście jest ważne. Drugiego człowieka, którego się kocha.

Tak właśnie wygląda okazywanie miłości – nieustannym wybieraniem drugiej osoby i jej dobra.

Tak jak nie ma wiary bez uczynków, tak i nie ma miłości bez uczynków. Teoria i praktyka są tu ze sobą nierozerwalnie złączone. To, co zrobić w danej sytuacji, zależy od kontekstu. Każdy zainteresowany słyszał chyba o 5 językach miłości, albo od ojca wszystkich pand świata, albo od księdza z Kanady ze śmiesznym akcentem. Jeśli jakimś cudem temat nie obił Wam się o uszy, to natychmiast, w tym momencie klikacie tutaj (KLIK) i oglądacie co trzeba. Kluczem będzie tu właściwe ocenienie jakim językiem posługuję się ja, a jakim moja Luba. Jest to sprawa fundamentalna, bo może się finalnie okazać, że przez całe życie wypruwałem flaki dostarczając jej ciężarówki pełne róż i tulipanów, a ona czekała tylko na jedno ,,pięknie dziś wyglądasz”, co dla mnie zdawało się głupotą i drobnostką.

Co mogę powiedzieć z własnego doświadczenia to to, że warto asekuracyjnie posługiwać się wszystkimi 5 językami na raz. Tylko to gwarantuje, że kochana osoba nie zwieje z najbliższym odlatującym samolotem do Honolulu w poszukiwaniu rycerza na białym koniu. Mówienie językiem, którego się nie zna, albo który sprawia, że nasz organ mowy wywraca się na drugą stronę – to właśnie jest prawdziwa ,,Sztuka kochania”.

In finem trzeba jasno powiedzieć, że to wszystko nie jest możliwe bez głębokiej wiary w to, że miłość ma w ogóle sens i świadomości, że walka z moim rozbuchanym ego to nie hasanie po łączce, a walka, jakiej świat nie widział. Jest to wojna totalna, angażująca wszelkie możliwe pokłady woli i duchowej siły. Cel jednak, do którego zdążamy jest warty każdej ceny. Jak mówił Tomasz z Kempen:

Jeżeli zatem chcesz się cieszyć zwycięstwem, bądź gotowy do walki.
Bez walki nie możesz zdobyć wieńca cierpliwości. 
Jeżeli nie chcesz cierpieć, odmawiasz przyjęcia wieńca.
Jeżeli natomiast tęsknisz za wieńcem, walcz mężnie, znoś wszystko cierpliwie. 
Bez pracy nie osiągniesz chwili odpocznienia, a bez walki nie dojdziesz do zwycięstwa. 

Naszym zwycięstwem jest miłość. Miłość, która pokonuje nawet śmierć i daje życie. Na wieki.