WIARA

On: Pandemia.

Wszyscy siedzimy zabunkrowani w domach, staramy się jak najmniej wyściubiać nosa za próg własnych czterech ścian. Część z nas przeszła na tryb pracy zdalnej, ograniczyliśmy podróże i wizyty w sklepach. Epidemia koronawirusa dotyka każdego z nas w większy, bądź mniejszy sposób. Szczególnie ten czas z pewnością przeżywają ci, którzy stracili swoich bliskich, albo w wyniku zatrzymania gospodarki nie mają gdzie wrócić do pracy. Nie sposób nie patrzeć też na Hiszpanię, Włochy, czy USA, gdzie codziennie wymiera jedna wioska. Czy wobec takiej ilości cierpienia, bólu i smutku zadajemy sobie nadal najważniejsze pytania, czy może codzienne raporty Ministerstwa Zdrowia już tak nam spowszedniały, że przechodzimy wobec masowej śmierci mimochodem? Dlaczego to wszystko się dzieje? Jaki jest cel tych wydarzeń? Gdzie jest Bóg?

Powyższe pytania są jak najbardziej zasadne. Zadawali je sobie z pewnością nasi przodkowie umierający na dżumę w średniowieczu, czy wiek temu na hiszpankę. Zwrot ku historii i temu co już się wydarzyło zdaje się racjonalny – wszak wpierw warto zbadać, czy aby już ktoś nie doświadczył czegoś podobnego. Może minione wieki są w stanie dać nam odpowiedź na trapiące nas pytania?

Wydaje się, że potrzeba w tym wszystkim właściwej perspektywy. Ostatnia wielka epidemia na naszym kontynencie miała miejsce sto lat temu. Zachorowało na nią około 500 milionów ludzi na całym świecie, co stanowiło wówczas 1/3 populacji globu. Śmierć poniosło z kolei około 50 milionów. Liczby to niewyobrażalne – porównywalne z tymi, które znamy z historii II Wojny Światowej.

Od wieku nie mieliśmy zatem na naszym kontynencie podobnego wydarzenia. Patrząc z kolei na same zgony, po zakończeniu wojny ani nasi dziadkowie, ani rodzice, ani my sami nie doświadczyliśmy obcowania ze śmiercią na podobną skalę. Uznać to należy za ewenement w skali historii – wojny toczyły się zawsze, głód na przednówku dosięgał niemal każdej rodziny, a nieuleczalne choroby zabierały przedwcześnie z tego świata rzesze ludzi.

Dotychczas żyliśmy przeświadczeniem, że umrzeć można co najwyżej na raka albo zawał, a inne choroby już dawno wyeliminowaliśmy potęgą medycyny. Paneuropejski pokój zapewniał nam poczucie bezpieczeństwa, a największym naszym problemem było to, czy uda nam się zarobić na kolejną ratę kredytu, aby dzieci mogły bawić się w słonecznym ogródku. Powszechny dostęp do wszelakich dóbr uśpił naszą czujność. Pławiący się w samozadowoleniu, pracy w międzynarodowej korpo i popijający sojowe latte ze starbunia młodzi Polacy XXI wieku znaleźli się nagle w sytuacji,  która nie mieściła się wcześniej w głowach. Oto wyjście na dwór i rozmowa ze znajomymi może nagle sprawić, że moja babcia za dwa tygodnie umrze. Pierwsze tygodnie kwarantanny pokazały nam, jak kruche mogą być nasze łańcuchy dostaw, kiedy w sklepach zabraknie papieru toaletowego czy makaronu.

Chyba tylko najbardziej naiwni nie dostrzegają faktu, że nas stary świat znika bezpowrotnie. Ład międzynarodowy budowany od upadku Sowietów rozmywa się na naszych oczach – rywalizujące USA i Chiny tylko czekają, aby skoczyć sobie do gardeł. Nawet w naszej starutkiej i spokojnej Europie na politycznej emeryturze przestało być bezpiecznie. Oto Rosja podnosi łeb, aby sięgać po kolejne okalające ją ziemie. Nasi sąsiedzi z Ukrainy od sześciu lat doświadczają tego, czego my nie znamy od lat 40. – wojny, która sprawia, że żony, matki i córki zanoszą się łzami za poległymi mężami, synami i ojcami. Zalew imigrantów w 2015 roku i seria zamachów terrorystycznych wstrząsnęła nami dogłębnie i pokazała nam jak śmieszna jest ułuda demo-liberalnej utopii. I oto w 2020 roku przychodzi do nas koronawirus, podkopując nasze ślepe zaufanie w naukę i postęp technologiczny. Okazuje się, że ludzki umysł ma się nijak do niewidzialnego mikroba, który przenosi się w powietrzu podczas rozmowy czy nawet oddychania. Tylko czekać, aż przedsiębiorstwa budowane od pokoleń zaczną upadać przez zarządzoną kwarantannę, a ludzie nawet kiedy będą mogli już wyjść z domu, co najwyżej przespacerują się do lasu, ale nie będą mieli gdzie wstać w poniedziałkowy poranek do pracy.

Dosyć apokaliptyczna to wizja. Trudno jednak nie dostrzegać faktów i dziejących się wokół nas wydarzeń. Taki jest świat, w którym przyszło nam żyć. Co mamy z tym wszystkim zrobić? Jak się odnaleźć w ogromie problemów? Po co to wszystko się dzieje?

Pan Bóg patrzy na nas nieustannie. Patrzył na nas pod koniec 2019 roku, patrzy na nas teraz i będzie spoglądał także pod koniec tego trudnego roku. Czy nie mógłby czegoś z tym wszystkim zrobić?

Przeczytaj także: Na Boga nie możemy patrzeć naszymi ziemskimi oczami.

Gdy uczymy dziecko jazdy na rowerze, trzeba pozwolić mu się przewrócić, aby poczuło ból i trud nauki. Ciągłe trzymanie kijka zamocowanego z tyłu ramy na nic się zda – człowiek uczy się niestety tylko metodą prób i błędów. A błędy kosztują: pieniądze, czas, cierpienie. Nasze poświecenie nie idzie jednak na marne. Z trudów nauki wychodzimy mocniejsi i bogatsi o nowe doświadczenia, które zaowocują w przyszłości.

Sądzę, że podobnie jest i z naszą obecną sytuacją.  Bóg nie jest przecież stwórcą zła – wtedy nie byłby Bogiem, a jakimś perfidnym duchem pragnącym uprzykrzać nam życie. Zło to bowiem brak dobra, tak jak ciemność jest brakiem światła, a choroba brakiem zdrowia. Wszystkie dziejące się na naszych oczach dramaty nie dzieją się z woli bożej, a jedynie za jego dopustem. Pan przyzwala na dzianie się takich rzeczy, aby nas nauczyć, aby nas skarcić – a to wszystko po to, abyśmy się czegoś nauczyli. Mówi o tym wprost Pismo: ,,Ja wszystkich, których kocham, karcę i ćwiczę. Bądź więc gorliwy i nawróć się!’’ (Ap 3,19).

Skoro koronawirus, zapaść gospodarki i sypiący się ład międzynarodowy mają być dla nas nauką, to czego właściwie mamy się nauczyć? Sądzę, że odpowiedź znaleźć możemy właśnie w janowej Apokalipsie. Wersety poprzedzające wyżej zacytowany to diagnoza: ,,Aniołowi Kościoła w Laodycei napisz: To mówi Amen, Świadek wierny i prawdomówny, Początek stworzenia Bożego: Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, chcę cię wyrzucić z mych ust. Ty bowiem mówisz: «Jestem bogaty», i «wzbogaciłem się», i «niczego mi nie potrzeba», a nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, i biedny i ślepy, i nagi. Radzę ci kupić u mnie złota w ogniu oczyszczonego, abyś się wzbogacił, i białe szaty, abyś się oblókł, a nie ujawniła się haniebna twa nagość, i balsamu do namaszczenia twych oczu, byś widział’’ (Ap 3, 14-18).

Czy czytając te słowa nie wydaje Wam się, że brzmią one tak, jakby były skierowane prosto do nas? Przecież to właściwie opis naszego świata – pysznego, obżartego nadmiarem dóbr i zadufanego w sobie, pławiącego się w swojej pysze i dobrobycie. Nasz miękki konformizm sprawił, że nie potrafimy mówić wprost ,,tak, tak’’ i ,,nie, nie’’. Być może właśnie po to Pan dopuszcza na nas takie trudne doświadczenia – abyśmy przejrzeli, abyśmy dostrzegli sromotę naszej pychy i w końcu uznali, że sami nic nie możemy. Jesteśmy tylko stworzeniami, a bez naszego Stwórcy nawet nie moglibyśmy przeczytać tych słów. Bo o wiele poważniejszą chorobą niż koronawirus jest nasza arogancja. Zważmy na słowa Pana: ,,Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle’’ (Mt 10,28).

Lekarstwo na nasze dolegliwości także zostało nam dane w Apokalipsie: ,,Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną. Zwycięzcy dam zasiąść ze Mną na moim tronie, jak i Ja zwyciężyłem i zasiadłem z mym Ojcem na Jego tronie’’ (Ap 3,20-21). Kluczem zatem jest nie tyle znalezienie remedium na Covid-19, ale na naszą pychę. Godne i sprawiedliwe jest bowiem walczyć z szalejącą zarazą – służbom, a zwłaszcza lekarzom należą się stokrotne dzięki. Niech obecna sytuacja będzie jednak dla nas nauczką. Właśnie przez uniżenie i zdanie sobie sprawy jak kruchym stworzeniem jest człowiek, najłatwiej dostrzec wszechogarniającą miłość Boga, który Swojego Syna wydał, abyśmy my mieli życie. I nie chodzi tu tylko o życie bez kororawirusa. Chodzi tu przede wszystkim o życie bez grzechu dzięki obmyciu wodą chrztu, która wypływa z przebitego boku Chrystusa. Życie bez grzechu to bowiem życie bez śmierci – życie wieczne w niebie z samym Bogiem. Sądzę, że właśnie tego chce nas nauczyć Pan: abyśmy do bogactw, choćby rosły, serc nie przywiązywali (Ps 62,11), ale byśmy to w Nim pokładali nadzieję (Ps 56,4). Inaczej czeka nas coś o wiele gorszego, niż koronawirus. Czeka nas grzech i wieczność bez Boga. A jak mówił papież Franciszek: ,,oddalenie się od Boga to największa nędza’’.

M.

Ona: Pandemia.

Czegokolwiek byśmy o sobie nie powiedzieli, to czy to wystarczy, by opisać kim jesteśmy? Czy zainteresowania, obecne zajęcie lub praca są w stanie wyczerpać treść słowa ,,ona” i „on”’? Możemy powiedzieć, że jej ulubiony kolor to niebieski a jego czerwony; że ona nie wyobraża sobie poranka bez kawy a on bez herbaty; że ona dorabia na waciki (i ślub) ucząc chemii i biologii, w wolnym czasie eksperymentuje w kuchni z potrawami z różnych stron świata, amatorsko robi sesje zdjęciowe i zajmuje się ich obróbką, podczas gdy on interesuje się historią, polityką międzynarodową, podróżami i dobrymi piwami. Możemy, ale czy to wystarczy? Co sprawia, że ona to ona, a on to on? To co umiemy, to co robimy, to z kim rozmawiamy? To, co mamy, co chcemy mieć, co nigdy nie będzie nam dane? Cały czas brakuje tu tego ,,czegoś”. Brakuje w tym wszystkim ducha. Bo to właśnie duch – nasze serce określa i determinuje kim jesteśmy. Serce w którym jest wielka dziura. Dziura, której nie możemy wypełnić sobą nawzajem, a którą może wypełnić tylko Bóg. Dlatego mówimy o sobie: TRÓJCA DO PARY. Bo jak pisał abp Sheen: „Żeby serce kochało, konieczna jest trójca – Kochający, kochany oraz Miłość sama.” M&M