ŚLUB,  ZWIĄZEK

On: Po ślubie. #3 Noc poślubna.

To zdecydowanie najtrudniejszy do wyrażenia element naszego poślubnego cyklu – może też dlatego tak długo się za niego zabieraliśmy. Trudno, żebyśmy wpuszczali wszystkich do naszej małżeńskiej sypialni i rozprawiali publicznie o najintymniejszej sferze naszego wspólnego życia.

W XXI wieku jak chyba nigdy przedtem potrzebujemy na nowo odkryć cnotę przyzwoitości i stawiać granicę tam, gdzie należy je wznosić. Jednocześnie w dobie wszechobecnej pornografii i zbiorowego uzależnienia rzesz młodych ludzi od natychmiastowej dawki rozwiązłości i wyuzdania, trzeba dawać świadectwo o zdrowym i prawdziwie autentycznym przeżywaniu seksualności – takim, w którym nie trzeba budzić się następnego ranka z wyrzutami sumienia i moralnym (albo i nie tylko) kacem. Taką sferą jest tylko i wyłącznie małżeństwo. I właśnie o tym chcielibyśmy dziś mówić.

Zabierając się za jakąś rzecz, zawsze mamy w głowie jakiś jej obraz. Idąc pierwszy dzień do pracy przed oczyma już kilka dni wcześniej staje nam pracodawca – zazwyczaj wymagający i surowy. Jadąc do nowego kraju czytamy przewodniki i tworzymy swoją wizję rzeczywistości w innym zakątku globu. Oglądając video z przepisem na smakowite danie, już widzimy samych siebie przeżywający niebotyczne rozkosze podniebienia. Nie inaczej jest ze współżyciem.

Rozpoczynając intymne życie także wchodzimy w nie z jakąś wizją wspólnego pożycia. Trudność polega na tym, że w świecie ogarniętym manią na punkcie seksualności, zazwyczaj te wyobrażenia nijak mają się do rzeczywistości. Jeśli z każdego filmu czy teledysku wylewają się wręcz quasi pornograficzne (albo wręcz wprost wyuzdane) treści, to w jaki sposób mamy patrzeć na naszą drugą połówkę jak na człowieka, a nie jak kawał mięcha, który zaraz mam zamiar ze smakiem spałaszować? Czy to w ogóle możliwe, aby spojrzeć dziś na żywo na nagą kobietę i rzeczywiście zachwycić się tak jak Adam w Edenie?

Otóż można – a nawet trzeba! Jest to tylko znacznie trudniejsze niż wcześniej i to pod zasadniczym warunkiem. Aby wyzwolić się z grzesznego i pełnego pożądania patrzenia na miłość swojego życia, potrzebna jest łaska dana z nieba. Bez sakramentu odkupienia ciała (a więc także oczu i serca), czyli małżeństwa, zwyczajnie nie da się wejść w seksualność, nie raniąc siebie i drugiej osoby. Tylko sakramentalne małżeństwo daje tę moc do przezwyciężenia naszej ludzkiej słabości. Tylko ono pozwala znieść przemożne pragnienie posiadania i brania, pozwalając rzeczywiście bezinteresownie dać siebie drugiemu – a więc po prostu kochać. Wreszcie tylko małżeństwo zawarte przed Bogiem i przed ludźmi otwiera nas w pełni na dar nowego życia, gdyż tylko ono zapewnia optymalne (a więc nie tylko najlepsze, ale jedyne pełnowartościowe) warunki do pojawienia się i rozwoju młodego człowieka.

Dziękuję Bogu za to, że dał mi tę łaskę wytrwania w dziewictwie (nie mylić z czystością – to dwie różne, choć powiązane ze sobą rzeczy) aż do naszej nocy poślubnej. Dzięki temu mogłem w całkowitej wolności, bez jakichkolwiek oporów, bagaży doświadczeń czy urazów obdarować moją żonę tym, co najskrytsze i najintymniejsze. Już wcześniej dawaliśmy sobie nawzajem nasze dusze, nawiązaliśmy komunię ducha. W końcu, po zawiązaniu małżeńskiego węzła, przyszedł czas na wisienkę na torcie – ciało.

Z pełnym przekonaniem i bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że gdybyśmy wcześniej upadli na drodze do małżeństwa, nie bylibyśmy dzisiaj razem. Zwyczajnie nie potrafiłbym spojrzeć mojej dziewczynie/narzeczonej/żonie w twarz, wiedząc, że przywłaszczyłem sobie coś, co nie należało do mnie. Bo tym w istocie jest współżycie pozamałżeńskie – gesty i postawa wskazują, że jest się małżeństwem, a w istocie jest się kłamcą i oszustem, bo bierze się coś, co się nie należy. Jest działanie wbrew każdej z czterech cnót kardynalnych – roztropności (bo dokonuje się czynu, którego negatywne konsekwencje będą się ciągnęły do końca życia), męstwu (bo nie potrafiło się stawić czoła i pokonać pokusy), umiarkowaniu (we wszystkim należy zachować właściwą proporcję – dla narzeczonych zarezerwowane są inne gesty, niż dla małżonków) oraz sprawiedliwości (właśnie zabrało się coś, co się zupełnie nie należało). Dlatego tak ważne jest mówienie o tym, że pozamałżeńskie współżycie w rzeczywistości nie jest współżyciem – jest wykorzystywaniem, jest okradaniem się z tego, co ma się najcenniejsze, jest atakiem i gwałtem na najgłębsze pokłady naszego człowieczeństwa.

Przeciwieństwem takiej postawy jest właśnie oddanie się sobie w dziewiczej czystości, w małżeńskim objęciu i czułości, ze świadomością, że od chwili wypowiedzenia słów przysięgi, już nigdy nie jesteśmy sami w dwójkę. W małżeństwie tworzymy bowiem Trójcę – Bóg zawsze jest z nami: czy kiedy jemy wspólnie obiad, czy kiedy drzemy koty, czy kiedy wywieszamy pranie, czy kiedy miłośnie baraszkujemy w łóżku. To właśnie dzięki Bogu mogliśmy stanąć przed sobą nago nie czując wstydu, pomimo że widzieliśmy się takimi po raz pierwszy. To właśnie dzięki łasce wypływającej z tego przepotężnego sakramentu potrafiliśmy przemóc te wszystkie obrzydliwe naleciałości naszej wyobraźni i spojrzeć na siebie z miłością. I nawet jeśli pierwsze wspólne kroki były nieporadne i dzisiaj wspominamy je z uśmiechem na ustach, nie zmieniłbym niczego w naszej wspólnej intymnej historii.

Wreszcie, dzięki łasce danej z góry, nie czujemy strachu i jesteśmy nieustannie otwarci na oba aspekty małżeńskiego pożycia – zarówno ten jednoczący, jak i ten prokreacyjny. Zwyczajnie nie wyobrażam sobie jak można zamykać się na tak wspaniały dar, jakim zostaliśmy obdarzeni. Tyle par dzisiaj ma problemy z płodnością, a wielu katolików (sic!) dobrowolnie odrywa od siebie to cudo współdziałania z bożą mocą stwórczą, irracjonalnie bojąc się ,,nowych problemów’’ czy zwyczajnie ulegając dominującej modzie na antynatalizm. Nie ma nic piękniejszego, niż rozlewanie się miłości na coraz to kolejne byty. Ona ze swej natury przynosi owoce i nie znosi bycia tłamszoną – między innymi stąd właśnie taka plaga rozwodów.

Patrząc z perspektywy czasu na nasze wspólne doświadczenia łóżkowe jestem pewny jednego – nie zmieniłbym absolutnie niczego. Z każdym kolejnym dniem kocham moją żonę coraz bardziej. Po siedmiu miesiącach w żadnej mierze nie mogę powiedzieć, że cokolwiek mnie nudzi, bo nudzić nas mogą tylko rzeczy. Człowiek jest zawsze ciekawy, zawsze nowy, zawsze świeży – jest zawsze tajemnicą, którą próbujemy odkryć. Po czasie mogę z czystym sumieniem polecić każdej parze drogę, którą już przebyliśmy. Nie żałuję niczego i właśnie tak chciałbym, aby nasze dzieci mogły przeżyć swoją noc poślubną.

M.

Ona: Po ślubie. #3 Noc poślubna.

______________________________________________________________________________

Pozostałe wpisy z serii PO ŚLUBIE:

ŚLUB

Czegokolwiek byśmy o sobie nie powiedzieli, to czy to wystarczy, by opisać kim jesteśmy? Czy zainteresowania, obecne zajęcie lub praca są w stanie wyczerpać treść słowa ,,ona” i „on”’? Możemy powiedzieć, że jej ulubiony kolor to niebieski a jego czerwony; że ona nie wyobraża sobie poranka bez kawy a on bez herbaty; że ona dorabia na waciki (i ślub) ucząc chemii i biologii, w wolnym czasie eksperymentuje w kuchni z potrawami z różnych stron świata, amatorsko robi sesje zdjęciowe i zajmuje się ich obróbką, podczas gdy on interesuje się historią, polityką międzynarodową, podróżami i dobrymi piwami. Możemy, ale czy to wystarczy? Co sprawia, że ona to ona, a on to on? To co umiemy, to co robimy, to z kim rozmawiamy? To, co mamy, co chcemy mieć, co nigdy nie będzie nam dane? Cały czas brakuje tu tego ,,czegoś”. Brakuje w tym wszystkim ducha. Bo to właśnie duch – nasze serce określa i determinuje kim jesteśmy. Serce w którym jest wielka dziura. Dziura, której nie możemy wypełnić sobą nawzajem, a którą może wypełnić tylko Bóg. Dlatego mówimy o sobie: TRÓJCA DO PARY. Bo jak pisał abp Sheen: „Żeby serce kochało, konieczna jest trójca – Kochający, kochany oraz Miłość sama.” M&M