ŚLUB,  ZWIĄZEK

On: Po ślubie. #4 Podróż poślubna.

Zdaję sobie sprawę, że tegoroczne wakacje były bardzo nietypowe i upłynęły pod znakiem kwarantanny oraz bonu turystycznego. Jednakże jeśli sięgniemy pamięcią tylko rok wstecz, wszystko wyglądało najzupełniej normalnie (ciekawe co to od teraz będzie oznaczało?). Samoloty wypełnione pasażerami latały w jedną i drugą stronę, centra turystyczne pękały w szwach, a restauratorzy i hotelarze zacierali ręce na obfity utarg. Dla nas były to szczególne wakacje, gdyż właśnie w lato 2019 roku wyruszyliśmy w naszą podróż poślubną. Zapraszamy Was do wspólnych wspominek.

Kiedy tylko zaczęliśmy planować nasz ślub wiedzieliśmy, że będziemy chcieli wybrać się w podróż poślubną. Choćby miał to być wypad za miasto na parę dni – chcieliśmy ten czas spędzić wspólnie i we względnym spokoju. Po okołoweselnej gorączce potrzebna jest chwila resetu i odreagowania tych wszystkich emocji, które nagromadziły się przez ostatnie dni. Jeśli sami planujecie ślub i zastanawiacie się czy warto wyrzucać kolejne pieniądze na wojaże, mogę z całą stanowczością powiedzieć – warto.

Mieliśmy ten komfort, że obydwoje z M. próbujemy być ludźmi zorganizowanymi i nie lubimy spontanicznych aranżacji czasu. Dlatego już na kilka miesięcy wcześniej zaczęliśmy szykować nasz wspólny wyjazd. Dzięki poczynionym przez okres narzeczeństwa oszczędnościom oraz hojności naszych weselnych gości byliśmy w stanie pozwolić sobie na zagraniczną podróż. Pytanie tylko – gdzie się wybrać? Świat w letnie miesiące 2019 roku nie był zamknięty jak dziś i jeśli tylko miało się wystarczająco dużo czasu i pieniędzy, można było polecieć nawet na drugi koniec świata. Gorąco pragnęliśmy spędzić ten czas spokojnie, choć aktywnie, a do tego z pożytkiem dla duszy. Ze względu na nasze wcześniejsze wspólne wyjazdy do Włoch i Hiszpanii, zaczęliśmy szukać czegoś innego. Nasz palec na mapie skierował się w trochę odleglejsze niż Europa zakątki świata. Wiedzieliśmy, że tajskie plaże to nie nasza bajka, a syberyjska tundra raczej nie przypadłaby do gustu parze ciepłolubnych stworów. A przecież w podróży poślubnej nie chodzi tylko o to, aby się wygrzać i nacieszyć sobą. Wszystkie podróże kształcą i zmieniają nasze postrzeganie świata. Niech zatem zmieniają na lepsze i ubogacają nie tylko ciało, ale i duszę. Z takim nastawieniem wybór padł na nasze wspólne marzenie – wyprawę do Ziemi Świętej. Bo czy może być coś wspanialszego, niż wejść do pustego grobu Chrystusa i przekonać się na własne oczy, że ,,nie ma go tu’’?

Miałem to szczęście, że kilkukrotnie bywałem wcześniej w Izraelu, wobec czego nie potrzebowaliśmy specjalnego przewodnika – wszystko udało nam się zorganizować na własną rękę. Po zarezerwowaniu lotów i hoteli, zakupie walizek i potrzebnej garderoby, wsiedliśmy na pokład powietrznego statku. Loty tanimi liniami jakie są, każdy widzi – może nie był to szczyt luksusu, ale całkiem sprawnie i bezpiecznie dotarliśmy do celu naszej podróży – Tel Avivu. To nowoczesne miasto przywitało nas szabatowym spoczynkiem, wobec czego, niczym w amerykańskim filmie, byliśmy zmuszeni do zamówienia taksówki pod sam hotel (żadna forma komunikacji miejskiej nie działała!).

Nasza pierwsza meta nie była może w najwyższym standardzie, ale za to mogliśmy obudzić się i spojrzeć przez okno na falującą taflę Morza Śródziemnego. Podjęliśmy decyzję, że aby dobrze przeżyć czas na Świętej Ziemi, najpierw musimy odreagować. Dlatego pierwsze trzy dni poświęciliśmy na totalny plażing-smażing i radosne taplanie się w cieplutkiej morskiej wodzie. Raczyliśmy się szakszuką, popijaliśmy sok z granatów i cieszyliśmy się pierwszymi nocami spędzonymi we wspólnym łóżku. Jeśli też lubicie aktywny wypoczynek, a swoją podróż poślubną (może w tym roku, może w 2021) planujecie już teraz, serdecznie polecamy dać sobie odetchnąć i choć trochę wrzucić na luz. Poślubne dni to pozbywanie się stresu i nadmiaru emocji po wcześniejszych wielkich wydarzeniach. Warto zwyczajnie odpocząć, by potem ruszyć na odkrywanie kolejnych skarbów.

Z Tel-Avivu przejechaliśmy autobusem do zasadniczego celu naszej podróżo-pielgrzymki, a więc Jerozolimy. Zaraz obok Rzymu (i oczywiście rodzinnego Poznania) jest to moje ulubione miejsce na ziemi. Atmosfera tego miejsca jest nie do opisania: na jednej ulicy chrześcijanie, niosąc wielki krzyż na swych ramionach, odprawiają drogę krzyżową, muzułmanie targują się o choć parę szekli więcej za mniej bądź bardziej tandetne pamiątki, a żydzi raźnym krokiem spieszą pod Ścianę Płaczu. Nad wszystkim unosi się aromat przypraw, w ciasnych uliczkach wybrzmiewa echo śpiewu muezina, a niektóre chłodne kamienie, wygładzone przez stulecia, pamiętają czasy Chrystusa. Wspaniałe to doświadczenie móc przebywać w tych samych miejscach, w których spał, jadł, chadzał i modlił się sam Mesjasz. Nie bez powodu wizyta w Ziemi Świętej nazywana jest piątą Ewangelią – po zobaczeniu tych wszystkich wspaniałości kolejne niedzielne czytanie, w którym Pan Jezus naucza w świątyni, uzdrawia przy sadzawce Bethesda czy wchodzi do miasta przez bramę z pewnością nie będzie już takie samo jak wcześniej.

Nasz jerozolimski hotel był strzałem w dziesiątkę – dokładnie w takim miejscu wyobrażałem sobie, że spędzę podróż poślubną z moją piękną żoną. Doskonała lokalizacja, piękne wnętrza i smaczne jedzenie – czego chcieć więcej? Wstawaliśmy o poranku, aby cały dzień móc spędzić w Świętym Mieście. Szczególnie zapadła mi w pamięć Msza Święta odprawiana nad samym grobem Chrystusa w kaplicy Anasthasis o 6 rano. Chorałowy śpiew franciszkańskich braci, półmrok wnętrza bazyliki, wszechobecny zapach unoszącego się kadzielnego dymu i świadomość, że oto jestem w najświętszym ze wszystkich miejsc – tam, gdzie dokonało się ostateczne zwycięstwo nad śmiercią. Po prostu niesamowite.

Oprócz miejsc nabożnych, takich jak Góra Oliwna i ogród Getsemani, Wieczernik czy Góra Syjon, uczęszczaliśmy też w miejsca pełne profanum – miejski targ czy dworzec autobusowy. One także stanowiły nie lada atrakcję. Rozmowa z ortodoksyjnym żydem żywo wyjętym z XIX-wiecznej Łodzi czy możliwość skosztowania arabskich łakoci także zrobiła na nas wrażenie. Jerozolima to bowiem miejsce prawdziwego multi-kulti: trzy cywilizacje, nieraz sobie wrogie i podchodzące do siebie z niechęcią, w jakiś niewytłumaczalny sposób potrafią żyć może nie tyle wspólnie, co obok siebie. To zwyczajnie trzeba zobaczyć.

Z naszej jerozolimskiej bazy wybraliśmy się też w trzy wyprawy za miasto: nad Morze Martwe, do Betlejem oraz do Galilei. Szczególnie ta ostatnia wyróżniała się od pozostałych, gdyż ze względu na daleki dystans dzielący nas od Nazaretu, zdecydowaliśmy się na wzięcie udziału w zorganizowanej wycieczce. Nie wiem czy gustujecie w tego typu imprezach, ale człowiek (przynajmniej starający się) przeżyć duchowo tę podróż, w kontakcie z wszechobecną komerchą i turystycznymi ,,udogodnieniami’’ w postaci sklepów z pamiątkami i cogodzinnymi postojami ,,na siusiu i kawusię’’ dostawał kociokwiku. Niemniej udało nam się zobaczyć (trudno powiedzieć, że odwiedzić, a to ze względu na śmiesznie małą ilość czasu) Bazylikę Zwiastowania, Jezioro Galilejskie i Kafarnaum. Także możliwość popluskania się (bo zdecydowanie nie popływania) w Morzu Martwym należy zaliczyć do niezwykłych atrakcji. Jezioro tak słone, że zwyczajnie nie da się w nim utopić i niemiłosierny ukrop (w końcu to sam środek pustyni) zapadły nam głęboko w pamięci.

Opisujemy Wam to wszystko nie po to, aby pochwalić się gdzie to my nie byliśmy, ale aby zachęcić Was do odwiedzenia tej niezwykłej krainy i (przede wszystkim) do podjęcia wysiłku wybrania się w Waszą niezapomnianą podróż poślubną. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, abyście byli po prostu razem – aby ten czas jeszcze bardziej zbliżył Was do siebie i do Pana Boga. Można to zrobić zarówno w dalszej podróży, kilkudniowym wypadzie nad jezioro za miasto, a nawet we własnym mieszkaniu. Kluczem jest właściwa aranżacja czasu i przestrzeni. Do tego nie potrzeba wcale dużego budżetu, a dobrego pomysłu i otwartego serca. Warto już od samego początku wspólnej małżeńskiej drogi postawić Boga na pierwszym miejscu i sprawić, by podróż poślubna była też pielgrzymką – czy to fizyczną, czy też duchową. Ostatecznie, nasze serce i tak będzie niespokojne, dopóki nie spocznie w Panu.

M.

Ona: Po ślubie. #4 Podróż poślubna.

Czegokolwiek byśmy o sobie nie powiedzieli, to czy to wystarczy, by opisać kim jesteśmy? Czy zainteresowania, obecne zajęcie lub praca są w stanie wyczerpać treść słowa ,,ona” i „on”’? Możemy powiedzieć, że jej ulubiony kolor to niebieski a jego czerwony; że ona nie wyobraża sobie poranka bez kawy a on bez herbaty; że ona dorabia na waciki (i ślub) ucząc chemii i biologii, w wolnym czasie eksperymentuje w kuchni z potrawami z różnych stron świata, amatorsko robi sesje zdjęciowe i zajmuje się ich obróbką, podczas gdy on interesuje się historią, polityką międzynarodową, podróżami i dobrymi piwami. Możemy, ale czy to wystarczy? Co sprawia, że ona to ona, a on to on? To co umiemy, to co robimy, to z kim rozmawiamy? To, co mamy, co chcemy mieć, co nigdy nie będzie nam dane? Cały czas brakuje tu tego ,,czegoś”. Brakuje w tym wszystkim ducha. Bo to właśnie duch – nasze serce określa i determinuje kim jesteśmy. Serce w którym jest wielka dziura. Dziura, której nie możemy wypełnić sobą nawzajem, a którą może wypełnić tylko Bóg. Dlatego mówimy o sobie: TRÓJCA DO PARY. Bo jak pisał abp Sheen: „Żeby serce kochało, konieczna jest trójca – Kochający, kochany oraz Miłość sama.” M&M