On: Przewodnik po Mszy ślubnej. #3 Skrutynium.

Kontynuujemy naszą podróż po Mszy ślubnej. Poznaliśmy już przebogate znaczenie obrzędów wstępnych, zgłębiliśmy też arcyważną rolę Słowa Bożego i liturgii słowa. Teraz przyszedł czas na samą liturgię sakramentu małżeństwa, czyli crème de la crème. Postanowiliśmy podzielić ją na trzy części, by jeszcze uważniej przyjrzeć się jej częściom składowym. W końcu to tu zaczyna się nowe wspólne życie! Zacznijmy od skrutynium – dosłownie oznacza to przesłuchanie lub rozpytanie. W taki sposób w przedsoborowej liturgii nazywano pytania  przed  wyrażeniem zgody małżeńskiej. Mają one kapitalne znaczenie i w skrócie ujmują całą katolicką naukę o małżeństwie jako sakramencie. Przyjrzyjmy im się bliżej!

Po wysłuchaniu homilii narzeczeni wspólnie podchodzą do stopni prezbiterium. Zbliżają się więc do serca kościoła, czyli ołtarza, na którym uobecnia się Chrystus Pan. Nadchodzący kapłan pełniący służbę in persona Christi nie tylko jest świadkiem kwalifikowanym, którego obecność jest niezbędna do ważnego zawarcia sakramentu, ale powagą swych święceń reprezentuje samego Zbawiciela – Najwyższego Kapłana. Przystępując do ad altare Dei trzeba mieć świadomość miejsca i przede wszystkim osób, wobec których zamierza się zaraz wypowiedzieć sakramentalne słowa. To nie zamawianie piwa w barze albo odbieranie paczki na poczcie – oto Święte Świętych i sam Bóg przychodzący do nas. Wobec Kogoś Takiego zwyczajnie nie można przejść obojętnie.

Kapłan kieruje w tym momencie do narzeczonych swe słowa, które wypowiada w imieniu całego Kościoła – Mistycznego Ciała Chrystusa. Kolejno następujące po sobie trzy pytania o fundamentalnym znaczeniu dla całego małżeństwa powinny być głęboko przemyślane i rozważone: Czy aby na pewno tego chcę? Czy jestem świadom słów, które wypowiadam? Do tego między innymi służy czas narzeczeństwa, by odpowiednio przygotować się na tę ,,wielką tajemnicę’’.

Przeczytaj także: Po co to narzeczeństwo?

Czy chcecie dobrowolnie i bez żadnego przymusu zawrzeć związek małżeński?

Z pozoru pytanie oczywiste – ale jednak tylko z pozoru. Trudno bowiem sobie wyobrazić w XXI wieku sytuację, gdy ktoś porywa swoją sympatię, by potajemnie na jakimś mglistym wzgórzu ją poślubić, przy jawnym sprzeciwie całej rodziny. Tego typu praktyki odeszły już raczej do przeszłości, przynajmniej w naszej części świata. Ale słowa ,,bez żadnego przymusu’’ znaczą przecież o wiele więcej. Wyobraźmy sobie sytuację wcale nie wziętą z Księżyca, a wręcz przeciwnie – zdarzającą się dziś nagminnie. Oto narzeczona przychodzi do ołtarza w zaawansowanej ciąży – nie wytrwała ze swym chłopakiem w czystości przedmałżeńskiej, współżyli ze sobą i doszło do poczęcia dziecka. Albo przykład jeszcze wyraźniejszy. Matka trzyma już swe dziecko przy piersi, stojąc w białej sukni (skądinąd to dosyć groteskowa sytuacja – biała suknia i welon bowiem symbolizują czystość, zwyczajnie bez sensu jest ich zakładanie przy wcześniejszym współżyciu). Czy w takim wypadku możemy z czystym sumieniem powiedzieć, że nie było żadnego przymusu przy podejmowaniu tej arcyważnej i nieodwracalnej decyzji? Czy rodzina aby nie naciskała na jak najszybszy ślub? Czy może wyrzuty sumienia i troska o dzieciątko skierowała narzeczonych ku takim myślom?

Małżeństwo to nie związek ze względu na rodzinę, na dzieci czy na cokolwiek innego. Małżeństwo to sakrament, w którym mężczyzna i kobieta oddają się sobie całkowicie w miłości, tworząc komunię osób na wzór Trójcy Przenajświętszej, której celem jest wzajemne uświęcenie. Bez tej perspektywy wypowiadane ,,chcemy’’ będą tylko czczą gadką, którą w dowolnym momencie można odwołać, a konsekwencje od siebie odrzucić. Miejmy to na uwadze – zarówno narzeczeni, jak i małżonkowie z wieloletnim stażem. To nie są puste słowa. To jest droga do uświęcenia.

Czy chcecie wytrwać w tym związku w zdrowiu i w chorobie, w dobrej i złej doli, aż do końca życia?

Drugie pytanie skrutynium ściśle wiąże się z pierwszym. Wyprowadza nas z życzeniowego myślenia – nasza przyszłość nie jest usiana różami, nie będzie tylko słodkopierdzących i rozczulających wynurzeń, a wspólne życie to nie tylko śmieszki i hiszki. Małżeństwo obfituje w wiele radości, ale przeplatanych szarą codziennością, lenistwem i zniechęceniem chodzenia do pracy, wstawaniem w nocy by zmienić maluchowi pieluchę, kłótniami i niezmierzoną dawką egoizmu, z którym musimy się mierzyć u siebie, jak i u współmałżonka. To współczesna kultura wtłacza nam do głów romantyczne komedie z obowiązkowym happy-endem, w których wszystko układa się po myśli bohaterów, a problemy zawsze da się rozwiązać. Pokusić się można nawet o stwierdzenie, że tego typu wizja świata ma wiele wspólnego z pornografią – kształtuje w naszych umysłach nierealne oczekiwania, których zwyczajnie nie da się zrealizować.

Czy to oznacza, że małżeństwo jest z gruntu bezzasadne? W żadnym wypadku! Wręcz przeciwnie – w relacji między mężczyzną i kobietą to właśnie wspólne sakramentalne życie jest w stanie wyprostować wiele krętych ścieżek i stworzyć przestrzeń, by razem żyć – dla Boga i dla siebie nawzajem. To właśnie moc tej przysięgi, dzięki bożej łasce, umożliwia skruszenie nawet najgrubszych murów egoizmu, potrafi zmiękczyć najbardziej zatwardziałe serca. Przestańmy więc patrzeć na życie przez różowe okulary i skonfrontujmy samych siebie z obiektywną rzeczywistością – jesteśmy grzeszni i na tym świecie zawsze będziemy. Ale sakramenty, a nim przecież jest małżeństwo, to droga do wyzwolenia się z niewoli zła i stanięcia w prawdzie przed Stwórcą.

To wszystko zakorzenione jest głęboko w Słowie Bożym. Sam Chrystus Pan – Wcielone Słowo, Bóg-Człowiek powiedział: ,,Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela’’. Wszyscy znamy te słowa, ale czy rzeczywiście je rozumiemy? Czy wierzymy w to, że z bożą pomocą jesteśmy w stanie przejść przez najciemniejszą dolinę? Patrząc na praktyki współczesnych Polaków, można w to wątpić. Główny Urząd Statystyczny podaje, że aż 1/3 zawartych małżeństw cywilnych kończy się rozwodem. A tendencja jest tylko zwyżkowa! Taka jest właśnie konsekwencja pojmowania związku kobiety i mężczyzny jako umowy, a nie sakramentu. Bóg powiedział, by małżonków nie rozdzielać. A my co robimy? Lud o twardym karku sprzeniewierza się swemu Stwórcy i w pysze odrzuca nadane mu prawa. Konsekwencje tego widzimy na co dzień: patchworkowe rodziny, samotne matki, promiskuityzm, depresje, samobójstwa. Niejedno badanie pokazało już, że dzieci wychowujące się z jednym rodzicem o wiele częściej targają się na swoje życie, niż te z pełnych rodzin. Ile jeszcze dowodów trzeba przytoczyć, by ujrzeć jak bardzo destrukcyjne jest przyzwolenie na rozwody?

I jak w końcu traktujemy Słowo Boże? Czy nakazy dane nam z góry są dla nas bajeczką i ,,wskazówką życiową’’, czy rzeczywistym prawem, które obowiązuje każdego, a za którego pogwałcenie czeka sprawiedliwa odpłata? Sami odpowiedzmy sobie na te pytania. Małżeństwo jest bowiem zbyt wielkim skarbem. Łatwo go roztrwonić, ale dla tych, którzy mężnie będą go strzegli, zapewni wieczną chwałę w niebie.

Czy chcecie z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym was Bóg obdarzy?

Ostatnie pytanie skrutynium kieruje nas ku sferze seksualnej. Dwa są bowiem oblicza małżeństwa – z jednej strony nakierowane jest ono na miłość i jedność małżonków, a z drugiej na krzewienie rodzaju ludzkiego. Obydwa aspekty łączą się w uniwersalnym dążeniu do świętości, do której powołany jest każdy z nas.

Kościół od wieków naucza, że jedynym miejscem właściwego, normalnego i zgodnego z obiektywną rzeczywistością przeżywania ludzkiej seksualności jest małżeństwo. Tylko w sakramentalnym związku mężczyzna i kobieta są w stanie bez przeszkód, strachu i destrukcyjnego lęku oddać się sobie całkowicie w miłości. Tak właśnie seks zaprojektował Bóg – widzimy to u Adama i Ewy w Raju, jeszcze przed grzechem pierworodnym. Zerwanie owocu z Drzewa Poznania i odrzucenie bożej łaski wypaczyło jednak nasze człowieczeństwo, także jeśli chodzi o naszą płciowość. Bez pomocy Pana nie potrafimy oddać się sobie w zupełności, zamiast tego pożądamy, zawłaszczamy, odczłowieczamy, uprzedmiatawiamy. W tę beznadziejną rzeczywistość przychodzi jednak sam Bóg, który obdarza nas sakramentalnym małżeństwem – jest to lekarstwo na ludzką pożądliwość, w którym miłość może zwyciężyć nawet największe zło.

To odnowione małżeńskie zjednoczenie w wymiarze cielesnym zawsze musi być nakierowana na życie. W taki sposób została ukształtowana ludzka seksualność – współżyjemy po to, aby w zespoleniu ciał i dusz mogło dojść do powstania nowego życia. Bez tego rozumienia seks zwyczajnie nie ma sensu. Zwykłą głupotą byłoby mówienie, że racja współżycia leży w przyjemności. Równie dobrze moglibyśmy powiedzieć, że zasadą jedzenia są rozkosze podniebienia. Otóż nie – seks jest dla zbudowania jedności i prokreacji. Każdy uczciwy i rzetelny człowiek musi przyznać tu rację. Odrzucenie bowiem którejkolwiek z tych przesłanek zwyczajnie niszczy samą strukturę współżycia – przez to destrukcji ulega cała małżeńska więź i integralność każdego z małżonków. Z tego to właśnie powodu nie tylko środki antykoncepcyjne są nie do zaakceptowania, ale cała mentalność antykoncepcyjna zasługuje na potępienie – jeśli przystępuję do współżycia bez otwartości na życie, zwyczajnie grzeszę.

To dlatego Kościół w osobie kapłana pyta się nupturientów czy są gotowi przyjąć dane im potomstwo. Właśnie – dane. Dziecko zawsze jest darem i to największym ze wszystkich. Bóg sam obdarza człowieka niezwykłą łaską – możliwością współudziału w dziele stworzenia. Małżonkowie złączeni w miłości są współpracownikami samego Stwórcy. Jednak to nie oni, ale Bóg jest zawsze dawcą życia. Do dziś nie jesteśmy w stanie w pełni zrozumieć cudu poczęcia, a naukowcy dwoją się i troją by lepiej poznać jego rzeczywisty przebieg. Zawsze będzie to jednak tylko odpowiedź na pytanie ,,jak?’’. Takie jest w końcu zadanie nauki. Pozostaje jeszcze pytanie ,,dlaczego?’’.

Jakiekolwiek to nowe życie by nie było, małżonkowie są zobligowani do jego przyjęcia – jaka jest bowiem alternatywa? Morderstwo dziecka w łonie matki? Porzucenie go w obliczu trudności i nadchodzących wyrzeczeń? Kościół nie tylko wymaga od małżonków – On oferuje jedyne właściwe rozwiązanie, najlepsze ze wszystkich, bo zaprojektowane przez samego Boga.

Czy chcesz…?

Wszystkie pytania spaja jeden motyw przewodni i wszystkie rozpoczynają się od tych samych słów: czy chcecie? Nie jest to zwykły przypadek (w końcu nie ma przypadków, są tylko znaki). Małżeństwo bowiem konstytuuje zgodna wola mężczyzny i kobiety. Bez niej nie tylko byłoby ono nieważne, ale zwyczajnie bezsensowne. Ta perspektywa kieruje nas do samej definicji miłości: jest ona bowiem, jak uczy Kościół za św. Tomaszem z Akwinu, pragnieniem dobra drugiego. To chęć, to wola, a więc działanie rozumu, a nie emocji jest prawdziwą miłością. Współczesny świat serwuje nam romantyczną papkę, w której miłość to uczucie, motyle w brzuchu, fascynacja, uniesienie i pocałunki bez opamiętania. To wszystko także jest ważne, ale z pewnością nie jest to miłość – można wymienione wyżej rzeczy określić mianem zauroczenia, może nawet zakochania, ale nie miłości.

Przeczytaj także: Czym jest miłość?

A miłość to codzienny wybór tej samej osoby, codzienne i nieustanne mówienie ,,wybieram Cię’’, ,,kocham Cię ponad wszystko’’, a nawet ,,jestem w stanie oddać za Ciebie życie’’. Bez właściwej perspektywy i odpowiedniej definicji możemy nawzajem tylko się poranić. Znacznie lepiej wykorzystać rozum dany każdemu z nas i szczerze, w cichości serca, zadać sobie pytanie: ,,czy chcesz…?’’.

M.

Ona: Przewodnik po Mszy ślubnej. #3 Skrutynium.