RODZINA,  ŚLUB,  WIARA,  ZWIĄZEK

On: Rok po ślubie.

Czy rok to dużo, czy może mało? Einstein twierdził, że czas jest względny, ma na niego wpływ szereg czynników, od grawitacji po umiejscowienie obserwatora. To, czego fizyka jednak nie opisuje (bo i nie jest w stanie, nie ma ku temu odpowiednich narzędzi) jest miłość. Ona także wpływa na czas, jego postrzeganie i ,,jakość’’. W perspektywie miłości zatem jeden rok to zarówno dużo i mało jednocześnie – dla czekającego na powrót ukochanej rok będzie jak wieczność. Z kolei kochające się dwoje ludzi pragnie spędzić ze sobą całą wieczność – tu rok nie jest nawet mgnieniem oka. I właśnie w perspektywie tego mrugnięcia chciałbym opowiedzieć Wam o naszym małżeńskim roku.

Przeczytaj także: Za rok będę mężem!

Pierwsza moja refleksja jest następująca: wszystko (ale naprawdę wszystko, nie tylko to, co sobie wybierzemy wedle woli) co mówi Kościół o małżeństwie to prawda. Przed nałożeniem sobie nawzajem obrączek to była teoria, piękna idea, bardzo wzniosła i pożądana, ale jednak zupełnie abstrakcyjna. Dopiero po czasie i pierwszych małżeńskich manewrach można było powiedzieć, że te wszystkie koncepcje po prostu się sprawdzają i mają głęboki sens. Kiedyś to wszystko było oczywistością i nawet, jeśli ludzie nie dorastali do tych ideałów (nadal nie dorastają i nigdy nie będą dorastać) i często postępowali dokładnie na odwrót jak powinni, to mieli do czego wracać. Magisterium było jasne i bezdyskusyjne, ale przede wszystkim powszechnie znane. Warto zwrócić uwagę, że śluby cywilne i rozwody na polskie ziemie przyniosła dopiero armia Napoleona. Przez 800 lat nikomu nie śniło się o zrywaniu małżeńskiego przymierza (choć trzeba tu uwzględnić także wpływ reformacji, co pokazuje, że ,,to nie było wcale takie proste’’). Dzisiejszy świat jest już zupełnie inny: przeorany czterema wielkimi rewolucjami, z których ostatnia, seksualna, cały czas postępuje i nikt nie wie gdzie zaprowadzi tych, którzy się jej poddają. Tak czy siak, wszyscy żyjemy w mniejszym bądź większym stopniu w spornografizowanym uniwersum ,,hook-up culture’’, gdzie człowieka traktuje się jak zabawkę (ze szczególną stratą dla kobiet), a małe dzieci dosłownie jak niechciane odpadki.

Pomimo tego z pozoru beznadziejnego stanu, możemy na nowo zajść na strych naszej cywilizacji i wyjąć z zakurzonego kufra książkę, o której coś kiedyś wspominali może nasi dziadkowie, albo katechetka na nudnawej lekcji w szkole – Katechizm Kościoła Katolickiego. To nie tylko kompendium wiedzy teologicznej, ale przede wszystkim przepis na szczęśliwe życie. Nie znam osoby, która żyłaby według tych wskazówek (ale żyła prawdziwie, starając się zachować wszystkie jej zapisy, a nie tylko te ,,słodkopierdzące’’) i byłaby nieszczęśliwa. Dla kontrastu, jak wiele osób dziś korzysta z pomocy psychologów nie tylko dlatego, że mają problemy psychiczne, ale nie jest w stanie wskazać celu i sensu w swoim życiu? Ucieczka w kosmiczne energie, skakanie przez ognisko w noc kupały albo kolejny ostry weekendowy melanż jest objawem tej samej choroby – ale nie ciała, a duszy. Małżeństwo jest jednym z lekarstw na te wszystkie dolegliwości, bo właśnie w nim znaleźć można przestrzeń do wyrzeczenia się własnego ja na rzecz dobra kochanej osoby. Tylko tak człowiek odnajdzie prawdziwe szczęście – w szkole miłości, która ma nas nauczyć bezinteresownego daru z siebie. To wszystko oferuje nam Kościół, który nie pragnie niczego innego, tylko właśnie naszego szczęścia – tego prawdziwego i pełnego w Bogu.

Druga rzecz, która przychodzi mi na myśl po tym roku to kwestia oczekiwań i marzeń, z jakimi wchodzi się w małżeństwo. Jest to kwestia arcyważna, bo będzie rzutować nie tylko na podejmowane decyzje, ale i na poczucie spełnienia (bądź jego brak). I tak dla tych, którzy widzą w małżeństwie drogę do szybkiego wzbogacenia się (są jeszcze tacy!) szybko się rozczarują, bo wspólność majątkowa i pierwszeństwo w dziedziczeniu to jedno, ale zbudowanie trwałej i głębokiej więzi ze współmałżonkiem to drugie. Ileż to już sytuacji, gdy bogaty mąż przekazał cały majątek swojej urodziwej kochance, która go podziwiała, wbrew marzeniom zachłannej żony? Ileż to razy perfidny mąż twierdził po śmierci żony, że była chora psychicznie, bo przepisała cały majątek miłej sąsiadce, bo była jedyną osobą, z którą mogła szczerze porozmawiać? Z drugiej strony jeżeli patrzymy na małżeństwo tylko jako na komunię dusz (mało już takich, ale też się znajdą) i abstrahujemy od jego cielesnego i materialnego wymiaru (tak, śmieci też trzeba wynieść!), to równie srogo się zawiedziemy. Na chleb trzeba przecież zarobić, zlew wyczyścić, a nie tylko patrzeć wspólnie na ćwierkające ptaszki.

Największym problemem dziś jest chyba jednak traktowanie małżeństwa jako zalegalizowanie stanu zastanego – konkubinatu, kohabitatu, tymczasowego partnerstwa życiowego, czy jakkolwiek inaczej to nazwać. Ludzie dziś żyją jak mąż z żoną bez obrączek na palcach, a potem dziwią się dlaczego rozwodzą się po pół roku, zwalając wszystko na ,,niezgodność charakterów’’ (a to i tak najłagodniejsza z opcji).  Jeśli do małżeństwa się odpowiednio nie przygotujemy i właśnie zbudujemy wspólnie nasze oczekiwania, marzenia i pragnienia wobec małżeńskiego życia, wtedy szatanowi będzie o wiele trudniej rozerwać to, czego człowiek nie powinien rozdzielać.

Przeczytaj także: A może by tak jednak to wszystko zaplanować?

Kluczowe zaś jest zbudowanie nowego rodzinnego domu na jedynym trwałym fundamencie, na skale której nie poruszy najmocniejsza burza, na kamieniu węgielnym odrzuconym przez budujących – Chrystusie Panu. Bez perspektywy wieczności i wierności nie tylko drugiej osobie, ale i samemu małżeństwu, prędzej czy później nadejdą przeciwności, których nie damy rady sami pokonać. Słowem – tylko współpracując z łaską można osiągnąć prawdziwe szczęście, spełniając najgłębiej skryte marzenia i pragnienia.

Im dalej w las, im więcej wspólnie spędzonych nocy, poranków, wieczorów, tym bardziej dostrzegam jak moja żona jest piękna, jak wielkim jest darem i jak wiele jej zawdzięczam. To właśnie w niej i przez nią Chrystus działa w moim życiu. Bez tego moje życie byłoby rzeczywiście padołem łez. Nawet gdy jest ciężko, nawet gdy latają talerze i nie możemy na siebie patrzeć, to nic nie zmienia w mojej miłości do niej, zwłaszcza gdy widzę jak zmienia się na lepsze i staje się coraz doskonalsza. Codziennie rano, jeszcze przed wstaniem z łóżka, dziękuję Bogu za ten najwspanialszy prezent, jaki kiedykolwiek otrzymałem. Dzięki niej po prostu chce mi się żyć i nawet najtrudniejsze sprawy wydają mi się błahostką. Bo jak śpiewał Paweł Domagała: „Jak się kocha, to się umie. Jak się kocha, to się chce.”

M.  

Ona: Rok po ślubie.

Czegokolwiek byśmy o sobie nie powiedzieli, to czy to wystarczy, by opisać kim jesteśmy? Czy zainteresowania, obecne zajęcie lub praca są w stanie wyczerpać treść słowa ,,ona” i „on”’? Możemy powiedzieć, że jej ulubiony kolor to niebieski a jego czerwony; że ona nie wyobraża sobie poranka bez kawy a on bez herbaty; że ona dorabia na waciki (i ślub) ucząc chemii i biologii, w wolnym czasie eksperymentuje w kuchni z potrawami z różnych stron świata, amatorsko robi sesje zdjęciowe i zajmuje się ich obróbką, podczas gdy on interesuje się historią, polityką międzynarodową, podróżami i dobrymi piwami. Możemy, ale czy to wystarczy? Co sprawia, że ona to ona, a on to on? To co umiemy, to co robimy, to z kim rozmawiamy? To, co mamy, co chcemy mieć, co nigdy nie będzie nam dane? Cały czas brakuje tu tego ,,czegoś”. Brakuje w tym wszystkim ducha. Bo to właśnie duch – nasze serce określa i determinuje kim jesteśmy. Serce w którym jest wielka dziura. Dziura, której nie możemy wypełnić sobą nawzajem, a którą może wypełnić tylko Bóg. Dlatego mówimy o sobie: TRÓJCA DO PARY. Bo jak pisał abp Sheen: „Żeby serce kochało, konieczna jest trójca – Kochający, kochany oraz Miłość sama.” M&M