On: Ubierz się.

Nie ukrywam, że zostałem wywołany do tablicy przez moją Piękniejszą Połówkę w niniejszym temacie. Niemniej w XXI wieku, w którym wszelka forma w zalewie modernistycznej nijakości staje się tylko subiektywną ekspresją, warto pochylić się nad sprawą ubioru i jego roli w naszym życiu. Zanim przejdziemy dalej uprzedzę fakty – proszę o nie posądzanie o rzekomy ,,faryzeizm” i ,,przerost formy nad treścią”. Staram się podzielić czymś dobrym (tak mi się przynajmniej wydaje), co udało mi się wypracować po latach poszukiwań. Jest to swego rodzaju zaproszenie do wspólnych przemyśleń i refleksji, przy pamiętaniu, że ,,pragnę raczej miłosierdzia, niż ofiary”. W drogę!

Gdy rozprawiamy o ubiorze warto na początku zwrócić uwagę na pewien, wydałoby się oczywisty, fakt. Mianowicie, człowiek jest istotą dualistyczną – posiada zarówno ducha (jak anioły), jak i ciało (jak zwierzęta). Różnimy się od nich tym, że jako dzieci Boże mamy niesamowitą możliwość łączenia tych dwóch sfer w jednym bycie – coś, czego ani zwierzętom, ani aniołom nigdy nie będzie dane. Właśnie w taki sposób zostaliśmy ukształtowani przez Stwórcę. Co więcej, obie te sfery są dziełem Ojca, a więc są z gruntu i założenia dobre. Wszelkie manichejsko-platońskie przeciwstawianie ducha ciału i forsowanie tezy, że jedno jest lepsze od drugiego, z gruntu należy odrzucić jako błędne, co sam Kościół czyni od wieków, a w ostatnim stuleciu bardzo mocno wybrzmiało w nauczaniu Świętego Papieża Polaka. Zarówno postawa prezentowana przez średniowiecznych katarów, uznających materię za wcielone zło, jak i współczesny materializm i w konsekwencji hedonizm, widzący w człowieku jedynie zbiór tkanek, którymi można dowolnie rozporządzać ku własnej uciesze, należy uznać za błędne, gdyż kłócą się z elementarną logiką. Rodzaj ludzki, obdarowany tak szczególnymi w skali całego stworzenia możliwościami, zagubił się zupełnie w swej egzystencji, odrzucając Boży Dar i skłonił się ku podszeptom starodawnego węża. Stąd na ziemi pojawił się wstyd,  zakrywanie ciała i jak pisał Jan Paweł II, chęć ochrony swego jestestwa przed byciem potraktowanym jako przedmiot, nie jako podmiot.

Tu dochodzimy w końcu do pojawienia się na arenie dziejowej ubrania, które od zawsze miało swój określony kontekst kulturowy i społeczny. Jest to nie tylko kawałek materiału, który ma być dla mnie okryciem przed promieniami prażącego słońca, czy mrozem minusowych temperatur, ale jednocześnie daje jasny sygnał i jest często pierwszą rzeczą, jaką zauważamy widząc człowieka przechadzającego się ulicą, nawet zanim spojrzymy tej osobie w oczy. Starożytne ludy semickie, czego obraz możemy dostrzec na kartach Pisma Świętego, traktowały strój jako swego rodzaju część składową osoby, często zaznaczającą jej status bądź pochodzenie. W takim kontekście nie zdziwią nas realia antycznego Rzymu, gdzie kandydaci na stanowisko publiczne w trakcie kampanii wyborczej zakładali specjalną śnieżnobiałą togę (toga candida – stąd kandydat), by wyróżnić się z tłumu.

Zobaczmy, że ubiór przez wszystkie wieki był nie tylko okryciem, ale i sygnałem społecznym i znakiem przynależności. Dlatego dziwne powinny wydać nam się czasy dogmatycznego egalitaryzmu końca XX i początku XXI wieku, gdzie jeansy i t-shirt królują niezależnie od pochodzenia, zawodu, czy wykształcenia. Najzamożniejsi ludzie świata, nie wyłączając twórcy portalu z biało-niebieskim F, tak samo jak biedni i wygłodzeni studenci polskich uczelni, wszyscy ulegają temu przedziwnemu prawu powszechnej mody (nie żebym był tu specjalnym wyjątkiem). Warto zadać sobie pytanie, czy przypadkiem (a może wcale nie przez przypadek?) przez szaleńcze i ślepe dążenie do wolności, równości i braterstwa nie pozbawiono nas części nas samych i pewnej możliwości indywidualnej ekspresji. W świecie wręcz niepohamowanej swobody, nieraz przeradzającej się w swawolę, mając tak wielkie możliwości, jakich nie miało żadne inne pokolenie wcześniej, wybieramy i tak ,,to co wszyscy”. W drugiej dekadzie trzeciego tysiąclecia nawet hipsterstwo przestało być hipsterskie, zaś popularne zdjęcia tatuaży z napisem ,,bądź inna niż inne” tylko podkreślają wagę porażki nieustannego poszukiwania nowości.

Współczesność serwuje nam jeszcze jedną patologię. Skrajna seksualizacja przestrzeni publicznej dokonuje się właśnie między innymi za sprawą strojów (a często ich braku). Przyjmując perspektywę personalistyczną, mając ciągle z tyłu głowy grzech pierworodny i jego konsekwencje, nie można ,,dać okejki” dla strojów, które uwypuklają (dosłownie) cielesną sferę. Jeśli ubiór zamiast podkreślać godność i piękno osoby wzbudza pożądliwość, czyli sprawia, że traktujemy człowieka nie jak podmiot, ale jak przedmiot (czyli de facto kupę mięcha), to coś tu poszło bardzo nie tak. Warto mieć tu na uwadze słowa Pana Jezusa wypowiedziane podczas kazania na górze, że: ,,Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa”. Strój nie może być powodem grzechu, ani mojego, ani dokonywanego przez innych. Jak w takim kontekście mają obronić się szorty zakrywające czasami mniej niż bielizna? Albo legginsy, które bardziej przypominają rajstopy? Nie mówiąc już o jeansach tak ciasno opiętych, że ciężko nazwać je spodniami? Zarzuty te nie są kierowane tylko do pań (hurr durr, ty szowinisto!), ale i do panów, którzy swoich dam często nie szanują, pozwalając im w takich ,,kreacjach” występować publicznie.

Problem z mężczyznami rozpatrywać należy też na innej płaszczyźnie. Notoryczne lenistwo i wygodnictwo sprawiają, że w męskiej garderobie królują szarobure odzienia, których w żaden sposób nie można nazwać eleganckimi. Chłop nie jest oczywiście babą i nie powinien spędzać godzin przed szafą przebierając w coraz to nowych fatałaszkach, nie zmienia to jednak faktu, że pewna klasa i chociażby szacunek dla innych i samego siebie zobowiązują.

Co więc z tym fantem zrobić? Jak mówił św. Ignacy Loyola: ,,Jeśli chcesz zmienić świat, zacznij od samego siebie. Inaczej wszelkie twe próby daremne”. Z tym hasłem zastanówmy się, mając na uwadze to, jak było kiedyś i jak jest teraz, jakie wnioski możemy wysnuć z takiej, a nie innej sytuacji. Sądzę, że zgodzimy się, że powrót do żupanów i kontuszy a la Kmicic raczej nie wchodzi w rachubę, a jednocześnie (tak przynajmniej mi się wydaje) dostrzegamy, że nie można zostawić sprawy tak, jak ma się obecnie. Pomocą może nam tu służyć głos płci przeciwnej, w końcu często to właśnie z pobudek sercowych ubieramy się tak, a nie inaczej. Płeć piękna, co przyzna każdy facet (mówiących inaczej nie znam), najlepiej prezentuje się wtedy, gdy może podkreślić swoją kobiecość i delikatną subtelność, zachowując jednocześnie skromność i powab prawdziwej damy. Sukienka/spódnica (tak, rozróżniam te dwie rzeczy!) staje się tu oczywistym wyborem. Panowie, czego nie trudno się (uwaga!) domyślić, mogą zaprezentować się chociażby w koszuli, która diametralnie odmienia ich postrzeganie w ślicznych niewieścich oczętach, stając się oznaką elegancji i pretekstem do szarmanckości. Już takie drobne zmiany sprawią, że każda z płci podkreśli to, co ma do zaoferowania najlepsze i w swej komplementarności dopełni i podkreśli to, co tak wielu stara się dziś zatrzeć.

Nie chodzi tu oczywiście o jakiś dogmatyzm i ślepe wybieranie jedynej słusznej opcji. Warto sobie jednak zawsze zadać pytanie – czemu ma służyć to, co robię? Czy kobieta w spodniach, nawet nieświadomie, nie upodabnia się do mężczyzny? Czy sukienka jest aż tak odrażająca dla feminazistowskiej części społeczeństwa, że należy ją wyrugować z garderoby? Czy założenie koszuli zamiast t-shirtu stanie się dla panów ujmą na honorze? Różnice między płciami należy uwypuklać, a nie sprowadzać kobietę i mężczyznę nieustannie do wspólnego mianownika. Jesteśmy różni i to jest piękne – w tej różnorodności się wzajemnie uzupełniamy, pozwólmy więc naszym strojom oddawać to, kim naprawdę jesteśmy. Granie kogoś innego do niczego nie prowadzi.

We wszystkim starajmy się rozsądnie dążyć ku temu, by nieustannie odkrywać godność osoby ludzkiej w samych sobie i tych dookoła nas. Dopiero wtedy przestaniemy patrzeć na siebie jak na ,,worki mielonego” do skonsumowania i wydobędziemy się z odczłowieczonej otchłani cywilizacji śmierci. Okrycie ciała ma przeogromny wpływ na naszą osobowość – możemy sobie tylko wyobrażać jakie konsekwencje będzie miało w przyszłości już dziś obserwowane na ,,postępowym” Zachodzie ubieranie małych chłopców w sukienki i przymusowe ich seksualizowanie. Nie pozwólmy zatracić naszego piękna jako osób stworzonych na obraz i podobieństwo Boga. Jesteśmy przecież Świątynią Ducha, który mieszka w nas. A to w końcu zobowiązuje!

M.

Ona: Ubierz się.

ZOBACZ TAKŻE:

  • Czytelnik nie do pary

    *ale i do panów, którzy nie powinni pożądliwie patrzeć na kobiety, niezależnie od tego, co mają na sobie – to jest przejaw szacunku wobec kobiet, drogi panie M, a nie pozwalanie bądź niepozwalanie na występowanie publicznie w jakimkolwiek stroju

    • trojcadopary

      Problem w tym, że pewne reakcje są poza ludzką wolą, bo wynikają z biologii (to ten dualizm, o którym wspomniałem). Pytanie, czy mamy się na coś takiego godzić i promować, czy może starać się to ograniczyć lub zniwelować. Zaś taka a nie inna postawa męża w stosunku do żony może być właśnie albo przejawem szacunku, bądź przedmiotowego traktowania (ewentualnie przyzwalania na takie traktowanie ze strony innych).

      • Czytelnik nie do pary

        Tylko widzi Pan, Panie M, jako człowiek wierzący powinien pan promować postawę jednoznacznego sprzeciwu wobec określonych reakcji, a nie przyjmować, że „biologia jest nieubłagana” i szukać powodu grzechu w skąpych (jasne, w wielu przypadkach niestosownych i niesmacznych) strojach kobiet. To nie jest tak, że aby uniknąć grzechu należy wyjechać na pustynię, bo pusto. Mężczyzna wyznajacy określone zasady powinien być im wierny nawet gdyby wszystkie kobiety dookoła postanowiły przechadzać się po ulicy nago.

        Dodatkowo – często bardzo młode dziewczyny, którym nikt nie okazuje uczuć w odpowiedni sposób, szukają ich taką pokraczną drogą, nadmiernie eksponując swoje ciało. Należy im pomóc i edukować, stawianie tezy, że „ich facet nie powinien na to pozwalać” jest najokropniejszą i najmniej skuteczną drogą naprawiania takich zjawisk.

        • trojcadopary

          A czy ktokolwiek powiedział, że pożądliwe patrzenie jest ok? Zarówno postawa mężczyzny, który nie potrafi się opanować, jak i kobiety, która taką reakcję powoduje czyni coś złego, po prostu grzeszy. Oczywiście, że należy być wiernym wyznawanym zasadom, co więcej, każdy mężczyzna jest do tego szczególnie wezwany. Nie zmienia to jednak faktu, że zarówno przywołana postawa mężczyzny, jak i kobiety jest grzeszna. A my mamy się grzechu wystrzegać, a nie go racjonalizować i usprawiedliwiać ,,problemami emocjonalnymi”, albo ,,niedowartościowaniem”. Mąż odpowiada za swoją żonę, bo jest jej głową, jak pisał św. Paweł. W takim wypadku dopuszczanie do szerzenia zgorszenia wśród innych spada też na jego barki, gdyż jest odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale i za całą rodzinę.