On: Za rok będę mężem!

Różnego rodzaju wspomnienia czy rocznice, a zwłaszcza ich celebrowanie, są doskonałym punktem wyjścia do refleksji nas sensem tego, co robimy. Najważniejsze pytanie, jakie możemy sobie zadać, to: DLACZEGO? Dlaczego wstaję wraz z pianiem kogutów i pędzę do kwiaciarni po kolejny wiecheć? Dlaczego rezerwuję stolik w restauracji na klimatyczną randkę? Dlaczego prowadzę ją na romantyczny spacer wzdłuż rzeki? Po co to wszystko? Dlaczego to właściwie robię? Tak często w dzisiejszym pędzie wykonujemy skomplikowane operacje zupełnie mechanicznie, bezrefleksyjnie, bez ani chwili namysłu. A ten jest nam potrzebny jak powietrze – bez niego będziemy albo bezdusznymi maszynami, albo zwierzętami kierującymi się tylko instynktem. Sam nie wiem co gorsze.

Otóż to arcyważne pytanie powinniśmy zadawać sobie na każdym kroku, a zwłaszcza w stosunku do naszego powołania. Gdy tak niedawno świętowaliśmy równo rok do naszego ślubu, postanowiłem na nowo wypowiedzieć to ciężkie jak ołów słowo: DLACZEGO? Po co te przygotowania, te wydane pieniądze, te przejechane kilometry w poszukiwaniu odpowiednich osób, które pomogą zorganizować całe to przedsięwzięcie? Czy tylko dlatego, by goście mieli napchane żołądki, odpowiedni poziom promili czy przyjemną dla ucha muzykę? Czy po to, aby nam było wtedy dobrze, patrząc jak wszystkie trybiki w maszynie pracują jak trzeba?

Przeczytaj także: Planer ślubny.

Odpowiedź jest złożona – jak samo życie.  Wymienione wyżej elementy są z pewnością ważne, ale nie najważniejsze. Gdy pochylimy się nad tym, co ma się tego dnia właściwie stać, optyka zupełnie się odmieni. Bo przecież z chłopaka i dziewczyny, narzeczonej i narzeczonego, stajemy się kimś zupełnie nowym – mężem i żoną, in spe ojcem i matką. Zmienia się poniekąd status ontologiczny nupturientów (UWAGA! mądre słowo – wujek Google z pewnością odpowie na pytanie kto to taki), tworzy się nowa komórka społeczna, aktualizują się prawa i obowiązki etc. etc.

Wszystko ładnie, pięknie. Tylko co z tego? Ileż to ludzi wstępuje w związki małżeńskie, a po pierwszej kłótni wnosi pozew o rozwód? Po co to wszystko, skoro tak wiele rodzin przypomina nawiedzone domy ze straszącymi zmorami, a nie oazy ciepła i zgody? Co z tego, jeśli w XXI wieku młodzi i starzy żyją jak mąż z żoną, mając głęboko gdzieś obiektywne normy, które nakazują człowiekowi wziąć odpowiedzialność za to co mówi i czyni? Ano właśnie – bo nasz stosunek do ślubu summa summarum sprowadza się do tego jaki jest nasz stosunek do małżeństwa jako takiego. Czy jest to dla mnie tylko fajny papierek okraszony balangą do rana, czy rzeczywistą zmianą, jaka następuje między mężczyzną i kobietą – wyniesieniem ich relacji na zupełnie nowy poziom? I w końcu – co mnie do tego wszystkiego popycha: marudzący rodzice, nowa świecka tradycja, modny (albo i nie) serial, czy może miłość i konkretne wymagania, jakie ona ze sobą niesie?

Karol Wojtyła w ,,Miłości i odpowiedzialności’’ pisał o normie personalistycznej, którą staramy się uczynić częścią także i naszego życia. Upraszczając, mówi ona o tym, by człowieka zawsze traktować jako podmiot, a nigdy jako przedmiot, by zawsze kochać, a nigdy używać.  W tym kontekście seks pozamałżeński czy nierozerwalność węzła stają się kluczowymi kwestiami. Czy współżyję z dziewczyną/narzeczoną przed ślubem? Jeśli tak, to co ten ślub zmieni? Będzie tylko zalegalizowaniem stanu trwającego od lat – constans. Czy mieszkamy ze sobą przed ślubem? Jeśli tak, co to innowacyjnego wniosą zaślubiny? Nowy komplet garnków i posrebrzane sztućce? Znowuż – na zachodzie w sumie bez zmian. A jeśli do tego dołożymy plotkowanie z psiapsiułami, że przy pierwszych rzuconych na ziemię skarpetach stary może pakować manatki, to uzyskujemy obraz nie tylko nędzy i rozpaczy, ale i kompletnej bezsensowności instytucji małżeństwa, gdzie moje widzimisię stoi wyżej nad podmiotowością drugiego. Nie miłość, a używanie.

Niestety, współczesny świat skutecznie oducza kolejne pokolenia jakiejkolwiek odpowiedzialności. Nie da się zbudować trwałych więzi i odpornych na wstrząsy relacji na fundamencie promiskuityzmu i hedonistycznej żądzy coraz to nowych przyjemności. Jedynym kamieniem węgielnym, na którym wznoszenie czegokolwiek ma sens jest Bóg, Miłość, Prawda, Dobro i Piękno. Tylko w takiej perspektywie da się postawić coś bardziej wytrzymałego niż domek z kart (co zresztą kariera Kevina Spacey’ego pokazała wystarczająco dobitnie).

Za rok będę mężem – co to dla mnie znaczy? Biorąc pod uwagę te wszystkie słowa, które padły wyżej, daje to wynik: miłość. Bo tym właśnie jest małżeństwo – miłością Trójcy: kochanej, kochającego i miłości samej. I mimo poszukiwań najlepszego wodzireja w kraju (zakończonych zresztą sukcesem), wyboru wykwintnych dań czy niebieskiego garbusa, to właśnie pozostaje na pierwszym miejscu – miłość. To ze względu na nią robimy to wszystko, działamy bezustannie i ciągle kombinujemy co by tu zrobić, by było jeszcze wspanialej. To ona daje siłę do przezwyciężania kolejnych przeciwności i kłód rzucanych pod nogi przez los. Dla mnie, jako mężczyzny, szczególnym rysem tego nowego, wspaniałego świata jest przede wszystkim odpowiedzialność – już nie tylko za siebie, ale także za przyszłą żonę i dzieci. Wyżywić gromadkę ludzi, zapewnić im dach nad głową i ubrania bez dziur, a przy tym sprawić, by wszyscy oni byli szczęśliwi i stawiali Boga na pierwszym miejscu – to dopiero wyzwanie! A czegóż to facet nie uwielbia bardziej, niż właśnie ambitnych wyzwań?

Im bliżej ślubu, tym więcej emocji, podekscytowania, radości. Bo jeśli czeka się na coś zupełnie nowego, na kompletnie nową rzeczywistość, to nie można przejść obok tego faktu obojętnie. Ten zastrzyk energii pozwoli iść dalej przez kolejne dni wspólnej drogi, z podróżą poślubną, kredytem na mieszkanie, kolacją wigilijną czy zapełnionymi po brzegi pieluchami. Bo warto podjąć to ryzyko, warto się starać i warto kochać. Tak na serio!

M.

Ona: Za rok będę żoną!