Ona: Camino.

Równo rok temu zaczynaliśmy naszą pielgrzymkę do grobu świętego Jakuba. Mówi się, że Camino zmienia. Czy po tym roku, spoglądając wstecz mogę powiedzieć, że zmieniło i mnie? 

Zacznijmy od początku. Lotnisko w Warszawie – my, czekający na lot do Barcelony i ludzie którzy razem z nami czekali na swój lot na Casablancę. Patrząc wtedy na nich, zadawałam sobie w duchu pytania: dlaczego zdecydowaliśmy się poświęcić miesiąc z naszych (jednych z ostatnich w życiu) wakacji i dlaczego za te pieniądze nie polecieliśmy wypocząć na jakąś egzotyczną wyspę? Z pewnością dlatego, że Camino było naszym wspólnym celem, a zarazem marzeniem każdego z nas z osobna, bo zrodziło się w naszych sercach jeszcze zanim dobry Bóg skrzyżował nasze drogi. I mogłabym na tym poprzestać, ale zdaję sobie sprawę z tego, że pchało nas tam coś jeszcze (a raczej Ktoś jeszcze). Siedząc 04.08.2016 w hali odlotów warszawskiego lotniska, wiedzieliśmy że chcemy odbyć tę drogę życia i wiary (bo tak określane jest Camino de Santiago), ale myślę że do końca nie rozumieliśmy dlaczego.

Droga życia.

Celem naszej wędrówki była oczywiście katedra św. Jakuba Apostoła w Santiago de Compostela, ale (co stwierdziliśmy stojąc na placu przed katedrą), to nie tyle cel, co sama droga była istotna. Droga życia – w znaczeniu metaforycznym ale i dosłownym.

Cała wielkość człowieka jest w jego pokorze.

Jak to się mówi – w życiu raz z górki, raz pod górkę. Podobnie na Camino. Od terenów nizinnych, przez mesetę (typowy dla ziem hiszpańskich płaskowyż), po góry. Dla mnie najtrudniejsza okazała się meseta, którą porównać można do bieżni – idziesz idziesz, ale krajobraz się nie zmienia: po prawej pole, po lewej pole, brak drzew i bezchmurne błękitne niebo. Wizualizacja, która właśnie nastąpiła w Waszych głowach może być rzeczywiście całkiem ciekawa, ale wierzcie mi, że nie było łatwo, zwłaszcza kiedy punkty z wodą oddalone były od siebie o 17 km. Brzmi jak przekleństwo, ale ja odbieram to jako błogosławieństwo, bo właśnie te dni były tymi szczególnie uczącymi nas pokory.

Bo to wszystko Twoje, cokolwiek na tym świecie człowiek mieni swoje.

Jak często dopada Was uczucie, że macie za mało – czasu/pieniędzy/szczęścia? Wydaje Wam się, że coś Wam się należy? To co było dla mnie bardzo odkrywcze, to że na Camino dostrzegłam że wcale nie potrzebowałam więcej niż to co miałam ze sobą. Ba, momentami wydawało mi się, że mam nawet nazbyt dużo i kombinowałam czego i w jaki sposób mogę się pozbyć! Wszystko co było nam niezbędne do przeżycia (niczym ślimaczki) nieśliśmy na plecach i nie pamiętam byśmy narzekali, że czegoś nam brak (pomijam oczywiście tęsknotę za tak banalnymi rzeczami jak własna pościel, ulubiony kubek czy balsam do ciała). Dzięki temu plecakowi i dzięki tej tęsknocie wyzbyłam się myślenia, że coś mi się w życiu należy. Na Camino zrozumiałam, że to co mam jest niesamowitym darem i każdego dnia (nawet jeśli wstaję lewą nogą) mam za co dziękować. Chociażby za poranną kawę w ulubionym kubku (czy to nie wystarczający dowód na to, że Bóg jest dobry?). Niesamowite było to, że każdego dnia na trasie czekało na nas coś innego: pole słoneczników, stado owieczek, kranik z winem, uprawy przepysznych winogron, katedra z kurczakami czy też hiszpański ksiądz śpiewający w języku polskim. Tych rzeczy nie spotkam wychodząc na ulice mojego miasta, ale po odbyciu tej drogi nauczyłam się w mojej (czasem szarej) rzeczywistości dostrzegać właśnie takie małe szczęścia.

Cierpliwość to codzienna forma miłości.

Camino było dla nas niewątpliwie nauką cierpliwości. Nie wiem jak zapatrujecie się na twierdzenie, że kłótnia oczyszcza atmosferę, ale jeśli przyjąć że tak rzeczywiście jest, to my oddychaliśmy bardzo czystym powietrzem.

Przeczytaj także: Kłótnie są trudne.

Nie ukrywajmy, że ta pielgrzymka była dla nas w pewnym sensie sprawdzianem naszego związku. Musieliśmy znosić się całymi dniami i nocami, bez względu na wszystko i pomimo wszystko, ale po miesiącu wędrówki potrafiliśmy spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć „kocham Cię o te 30 dni bardziej”.

Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz.

Chyba nie trzeba mówić, że absolutnym must have pielgrzyma jest apteczka. Nam na szczęście nie była ona zbyt często potrzebna, bo trzeba przyznać, że nie mieliśmy większych problemów ze zdrowiem. To co najbardziej męczyło M. to pęcherze na stopach, których mi w jakiś cudowny sposób udało się uniknąć, ale (bo zawsze jest jakieś ale) za to słońce dało się we znaki mojej jasnej cerze i mimo stosowania hektolitrów kremu z najwyższym filtrem, jeden z dni skończył się dla mnie poparzonymi łydkami. Przebijanie pęcherzy i łagodzenie skutków oparzenia obkładami z jogurtu to niby nic takiego, ale pokazało mi to, że słowa „w zdrowiu i w chorobie” nie są dla mnie i dla M. słowami rzucanymi na wiatr i kiedy przyjdzie gonić wypadającą szczękę, albo pchać balkoniki, będziemy ze sobą i dla siebie tak samo jak jesteśmy teraz.

Droga wiary.

Pielgrzymka do Santiago różni się od tej do Częstochowy – nie tylko dystansem, ale i tym, że idzie się w dużo mniejszej (przeważnie kilkuosobowej grupie), najczęściej bez opieki osoby duchownej. My wybraliśmy się tam z naszymi przyjaciółmi (<3) – żeby zachować równowagę: dwie przedstawicielki płci pięknej i dwóch co piękniejszych przedstawicieli płci brzydszej. Jeśli ktoś z Was zna nas osobiście, to wie, że kumulacja naszych czterech charakterów to mieszanka wybuchowa. Mimo to, dotarliśmy do Santiago cali, zdrowi i szczęśliwi, co więcej – nadal się lubimy! Jak to możliwe?

Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu; Panie, pośpiesz ku ratunkowi memu.

Z racji, że nasza „wyprawa” miała charakter pielgrzymki, to każdy dzień zaczynaliśmy i kończyliśmy brewiarzem. „Wyprawa” – bo jak się okazuje, mimo iż jest to szlak pątniczy to większość osób spotykanych po drodze zmierza do Santiago z innych powodów – ludzie, których spotykaliśmy mówili, że idą „by odnaleźć siebie”, „by podjąć życiowe decyzje”, „by dokończyć projekt na studia” czy też „by podziwiać piękno hiszpańskiej ziemi”. Dlaczego o tym mówię? Po dojściu do Santiago każdy musi podać powód dla którego w ogóle podniósł się z kanapy i wyszedł z domu. Nie jestem wielką fanką danych statystycznych, ale tylko po to by was uświadomić, powiem że dnia 08.09.2016 „powód religijny” wskazało zaledwie 5% pielgrzymujących.

Jeżeli chcesz mnie naśladować, to weź swój krzyż na każdy dzień.

Jeszcze inną praktyką religijną, która pozwoliła nam mienić się pielgrzymami była droga krzyżowa odprawiana w każdy piątek. Dla mnie osobiście to było naprawdę trudne i chyba nigdy wcześniej tak ciężkie, a zarazem tak dobrze przeżyte. Właśnie wtedy – gdy w cieniu temperatura osiągała 36 stopni, droga zamiast w dół pięła się ku górze, plecak ciążył i kończyła nam się woda w bidonach.

Ite, missa est.

Każdego dnia staraliśmy się uczestniczyć we Mszy św. Myślę, że nie przesadzę jeśli powiem, że w każdej miejscowości negatywnie uderzało (babcia rozdająca Komunię!?), bądź też pozytywnie zaskakiwało (ksiądz śpiewający po polsku) nas coś innego. Jedno jest pewne – Hiszpania cierpi z powodu małej liczby księży i zarazem małej liczby wiernych. Typowy obraz w kościele? Starszy ksiądz przy ołtarzu i siwe kobiece głowy w ławkach. Siedząc tak wśród tych siwych głów przypomniałam sobie, jak często polscy księża proszą o modlitwę za nich i o nowe, święte powołania kapłańskie. Dotarło do mnie, że poświęcenie kilku minut każdego wieczoru na modlitwę w tej intencji nie jest aż takim wielkim wyrzeczeniem – bo czy to że położę się pięć minut wcześniej spać jest warte tego, by moje dzieci i wnuki, po przeczytaniu naszego dziennika podróży powiedziały „mamo/babciu, ale przecież tak właśnie wygląda Kościół”?

Przeczytaj także: Trudno nie wierzyć w nic.

Po przeczytaniu tego tekstu chyba nikt nie ma wątpliwości, że Camino mnie zmieniło. I myślę, że zmienia każdego, ale ile by o nim nie mówić, to prawda jest taka, że fenomen tej drogi zrozumie się dopiero po jej przejściu. Jeśli więc dotrwaliście do tego momentu, to nie pozostaje Wam nic innego jak spakować plecaki i wyruszyć. Buen Camino!

M.

On: Camino.