ZWIĄZEK

Ona: Miłość.

Dotąd dwoje, lecz jeszcze nie jedno,
odtąd jedno, chociaż nadal dwoje.

Karol Wojtyła, „Przed sklepem jubilera”

Kiedy byłam małą dziewczynką wszystko wydawało się być śmiesznie proste.

W „złotych myślach” (czy ktoś kto nas czyta jeszcze to pamięta?) opisywałam Mojego Dalekiego (w innej wersji: książę na białym koniu), który pokonując smoka, pewnego dnia uratuje mnie z „zamkowej wieży”. To że się pojawi było dla mnie tak oczywiste jak to, że nie łączy się białego serka z dżemem (dla tych którzy łączą: tak oczywiste jak to, że po nocy przychodzi dzień).

Z tym przekonaniem, uzbrojona w tornister z Kubusiem Puchatkiem podreptałam do szkoły podstawowej, później do gimnazjum i liceum (już bez tornistra, bo przecież „mamo, nie jestem już dzieckiem”), gdzie miłość definiowano na różne sposoby. Czego się nauczyłam? Z polskiego, że to romantyczne uniesienie. Z matmy, że to 1+1. Z biologii, że to pociąg fizyczny. Z chemii, że to reakcja jaka zachodzi w naszym organizmie. Z religii, że to Dawanie Dobra Drugiemu. Na innych przedmiotach za bardzo nie uważałam.

Z niedzielnych kazań pamiętam powtarzane jak mantrę: „Bóg jest Miłością”.

Na studiach rozszerzono moją biologiczno-chemiczną definicję Miłości. Nauczyłam się, że obraz osoby, która nam się podoba, biegnie najpierw nerwem wzrokowym do wzgórza i dalej do kory wzrokowej zlokalizowanej w płacie potylicznym. Jednocześnie sygnał ze wzgórza wysyłany jest do hipokampa, gdzie następuje porównanie ze wzorcem wymarzonego partnera (tak, tym ze „złotych myśli”). Dalej sygnał jest przesyłany do ciała migdałowatego odpowiedzialnego za nasze emocje i do kory przedczołowej. Neurony kory przedczołowej opracowują strategię dalszego postępowania i przesyłają informacje do kory motorycznej. I wtedy „zaczynamy działać”.

Z tym dorobkiem wiedzy, mając 23 lata stworzyłam własną definicję Miłości:

Miłość jest wyborem. Kocham Cię bo chcę. I już.

M.

On: Miłość.