ŚLUB,  ZWIĄZEK

Ona: Po ślubie. #1 Msza święta.

Czekaliśmy na ten dzień 71 017 200 sekund, tj. 1 183 620 minut, tj. 19 727 godzin, tj. 822 dni, tj. 117 tygodni, tj. 27 miesięcy, tj. ponad 2 lata. Staraliśmy się zadbać o każdy szczegół – tak zewnętrzny, jak i wewnętrzny. Czy nam się udało? Jak wspominamy 22.06.2019?

„Pani kochana, co to będzie za ślub!” – usłyszała nasza babcia wchodząc do kościoła na dziesięć minut przed tym jak stanęliśmy wraz z M. z tyłu głównej nawy. Skąd takie słowa? Co takiego wyjątkowego było w naszym ślubie? To, że szliśmy do ołtarza procesyjnie? To, że Liturgia odprawiana była w języku łacińskim ad orientem? Być może właśnie to miała na myśli ta pani. A dla nas? Co to był za ślub? W poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie spróbuję prześledzić mój emocjonalny kociołek, który towarzyszył mi tego dnia – od budzika aż do wyjścia z kościoła. Co czułam?

Radość

Chyba nikogo nie zdziwi, jeśli napiszę, że tego dnia uradowało mnie wiele rzeczy. Jedna z tych, która szczególnie utkwiła mi w pamięci miała miejsce tuż po tym jak zadzwonił budzik. Kiedy spojrzałam na ekran smartfona by sprawdzić godzinę, odczytałam wiadomość od mojego kolegi diakona, że będzie na naszym ślubie. Dlaczego tak mnie to ucieszyło? Myślę, że każdy z nas przynajmniej raz w życiu był namawiany do uczestnictwa w jakimś wydarzeniu tylko dlatego, że wypada, że tak trzeba, bo w przeciwnym razie co ludzie powiedzą. Z obecnością na ślubach też tak bywa. Prawdziwą radość wnosi więc każdy, kto przychodzi bo chce, a nie bo musi (albo myśli, że musi).

Podekscytowanie

W zasadzie to dzięki tej wiadomości dotarło do mnie, że ten dzień to właśnie dzień ślubu. Bo czy otwierając oczy czułam się jakoś …inaczej? Niespecjalnie. 22.06.2019 o godzinie 8:30 słowo „ślub” zadziałało na mnie jak pierwszy łyk porannej kawy. Kiedy podniosłam się na łóżku i spojrzałam na wiszącą na drzwiach szafy białą suknię, dotarło do mnie, że już zaraz, już za chwilę będę żoną – w tym momencie poczułam podekscytowanie jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam (polecam sprawdzić na własnej skórze!).

Wzruszenie

Zaczęło mi towarzyszyć podczas przygotowań. I to nie tylko dzięki stworzonej przeze mnie na ten dzień playliście. Sposób w jaki tego dnia patrzyła na mnie moja mama, to jak każdy z rodziny starał się by wyglądać jak najpiękniej, to jak czułam się stojąc w sukni i oczekując na M., to w jaki sposób M. spojrzał na mnie kiedy mnie zobaczył, to jak naszym rodzicom słowa grzęzły w gardle podczas błogosławieństwa… tego nie da się opisać, tu można się tylko wzruszyć!

Ten stan zaczął ustępować dopiero kiedy w oczekiwaniu na rozpoczęcie Mszy świętej stanęliśmy z tyłu kościoła. Ledwo powstrzymałam łzy kiedy zobaczyłam kościół pełen ludzi. Niesamowitym było dla mnie to, jak wiele osób chciało nam towarzyszyć, jak wielu miało stać się świadkami złożonej przez nas przysięgi.

Spokój

Przed ślubem non stop bombardowano mnie pytaniami, czy już się denerwuję. Kiedy mówiłam, że nie, padało znamienne: „jeszcze nie”. Myślałam, że już tak jest – że nerwy związane ze ślubem są czymś z góry przesądzonym, że one każdego dopadną, prędzej lub później.

Tymczasem, to co ja pamiętam to… spokój (na co dzień to moje antypody!). A jednak, tego dnia ogarnął mnie w całej swojej pełni. Zaczęło się kiedy szliśmy do ołtarza. To był ten moment, kiedy poczułam, że teraz wszystko się zaczyna – że to nasz początek wieczności. To był ten moment, kiedy wiedziałam, że już teraz niczym nie musimy sobie zaprzątać głowy – nikt już do nas nie zadzwoni z pytaniem czy tablica powitalna ma być ustawiona dwa metry w lewo czy w prawo, nikt już nie będzie nam dawał złotych rad co i jak powinniśmy zrobić.

Jedność

Z chwilą kiedy stanęliśmy na swoich miejscach, spojrzeliśmy sobie w oczy i z uśmiechem złapaliśmy swoje dłonie, poczułam jedność. To ona towarzyszyła mi przez tych 100 minut spędzonych w murach gotyckiej katedry, aż do wyjścia. Kiedy słuchaliśmy Liturgii Słowa, kiedy przyzywaliśmy Ducha Świętego, kiedy składaliśmy sobie przysięgę, kiedy nakładaliśmy sobie obrączki – czułam że to moment spotkania Trójcy. My – Kochający i Kochany w spotkaniu z samą Miłością.

Ach, co to był za ślub!

M.

On: Po ślubie. #1 Msza święta.

Czegokolwiek byśmy o sobie nie powiedzieli, to czy to wystarczy, by opisać kim jesteśmy? Czy zainteresowania, obecne zajęcie lub praca są w stanie wyczerpać treść słowa ,,ona” i „on”’? Możemy powiedzieć, że jej ulubiony kolor to niebieski a jego czerwony; że ona nie wyobraża sobie poranka bez kawy a on bez herbaty; że ona dorabia na waciki (i ślub) ucząc chemii i biologii, w wolnym czasie eksperymentuje w kuchni z potrawami z różnych stron świata, amatorsko robi sesje zdjęciowe i zajmuje się ich obróbką, podczas gdy on interesuje się historią, polityką międzynarodową, podróżami i dobrymi piwami. Możemy, ale czy to wystarczy? Co sprawia, że ona to ona, a on to on? To co umiemy, to co robimy, to z kim rozmawiamy? To, co mamy, co chcemy mieć, co nigdy nie będzie nam dane? Cały czas brakuje tu tego ,,czegoś”. Brakuje w tym wszystkim ducha. Bo to właśnie duch – nasze serce określa i determinuje kim jesteśmy. Serce w którym jest wielka dziura. Dziura, której nie możemy wypełnić sobą nawzajem, a którą może wypełnić tylko Bóg. Dlatego mówimy o sobie: TRÓJCA DO PARY. Bo jak pisał abp Sheen: „Żeby serce kochało, konieczna jest trójca – Kochający, kochany oraz Miłość sama.” M&M