ZWIĄZEK

Ona: Pro life.

Niespełna dwa tygodnie temu ulicami polskich miast przeszły „Marsze dla Życia i Rodziny”. Czy o każdym kto wziął w nich udział można powiedzieć, że jest pro life?

Znamy dobrze (a przynajmniej powinniśmy znać, skoro przystąpiliśmy do Pierwszej Komunii św.) uczynki miłosierne względem duszy i ciała. Chcąc być prawdziwie za życiem – tym doczesnym i tym wiecznym, nie wystarczy ich znać, trzeba je wypełniać.

Głodnych nakarmić. Spragnionych napoić.

Każdy z nas zna przynajmniej jedną osobę, która doskonale wie jak rozwiązać problem głodu i pragnienia na świecie, ale pomoc tej konkretnej jednostki ogranicza się przeważnie do mówienia jak jest, a jak być powinno i kto powinien się tym zająć, bo przecież „co ja, szary człowiek mogę zrobić”. Bujda! To nieprawda, że przeciętny Kowalski nie może nic zrobić. Być może nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, ale problem z dostępem do żywności i wody pitnej nie dotyczy tylko krajów Trzeciego Świata. Nie musisz więc wysyłać drogich paczek żywnościowych do Afryki swoim prywatnym helikopterem. Wystarczy, że nie przejdziesz obojętnie obok człowieka, który prosi o jedzenie. 

Nagich przyodziać.

Po obejrzeniu filmu „Pretty Woman” naszła mnie pewna refleksja. Co takiego wydarzyło się w ostatnich latach, że prawie całkowicie zatraciliśmy szacunek do ludzkiego ciała? Stroje, jeszcze niespełna 30 lat temu krytykowane wymownym spojrzeniem (a czasem i słowem), dziś są na porządku dziennym. Mało tego, śmiem twierdzić, że kanony mody uległy odwróceniu o 180 stopni – to co niegdyś budziło zgorszenie – dziś budzi uznanie, i odwrotnie – to co uznawano za normalne – dziś jest postrzegane jako dziwaczne. Przeglądając rzeczy w odzieżowych sieciówkach, widząc billboardy na ulicach i reklamy w telewizji, śmiem twierdzić, że zamiast człowieka „przyodziać” chcemy go dziś ogołocić. Chyba nie tędy droga. Dosłownie nikogo nie ubierzesz, ale możesz dać przykład swoim strojem, a to już naprawdę dużo (i tak, wymaga całkiem sporej odwagi).

Podróżnych w dom przyjąć.

Dla wielu, podróż to bilet lotniczy do Tokio (oczywiście w business class i z pakietem all inclusive w hotelu z basenem na 14 piętrze). I nic w tym złego, gdyż współczesny człowiek lubi podróżować, jest ciekawy świata i jeśli go na to stać, to dlaczego nie. Ale w dobie latających jak ptaki samolotów, pociągów osiągających prędkości niemalże światła (wiecie, że modernizują odcinek z Poznania do Warszawy i za dwa lata pokonamy tę trasę o dwie minuty szybciej!?), samochodów przepełniających osiedlowe parkingi, nie wolno nam zapominać, że w podróży są także ci, którzy zmierzają do licznych miejsc kultów religijnych (wierzcie mi, że taka forma przebije nawet basen na 14 piętrze!). Nie musisz więc oddawać swojego domu uchodźcom (to temat na inny wpis), ale dwa metry kwadratowe podłogi nie ucierpią, jeśli na jedną noc przygarniesz pod swój dach pielgrzyma.

Przeczytaj także: Buen Camino!

Więźniów pocieszać.

Jak często słyszymy, że więźniowie mają niemal wszystko i żyje im się lepiej, niż nie jednemu człowiekowi na wolności. Kluczowe jest jednak użycie słów „mają niemal wszystko” i „na wolności”. Bo może i tak, może i mają niemal wszystko. Ale czy dostęp do jedzenia (może nawet i czasem lepszego niż u niejednego z naszych sąsiadów), opieki medycznej czy telewizji, może tym ludziom zastąpić życie na wolności? Kochać tych, którzy nas kochają jest łatwo, ale my mamy kochać także tych, którzy nam złorzeczą, którzy nas prześladują i którzy mają nas w nienawiści. Nie musisz od razu kochać mordercy – zacznij od rzeczy małych: uśmiechnij się życzliwie kiedy ktoś powie coś niemiłego.  

Chorych nawiedzać.

Osobiście, chcąc nie chcąc, stykam się z ludzkim cierpieniem niemalże codziennie. Każdego dnia, idąc na zajęcia, mijam na szpitalnych korytarzach ludzi, których dotknęło cierpienie. Widzę łóżka tych, przy których ciągle ktoś jest, ale widzę też osoby pozostawione samym sobie. Nie mnie osądzać dlaczego tak jest – czy nie ma kto się nimi zająć, czy może nie ma nikogo kto chciałby się nimi zająć? Nie musisz być lekarzem żeby pomóc. Ba! Nie musisz nawet iść do szpitala. Ale rozejrzyj się wokół siebie – czy naprawdę, kolejnej godziny spędzonej na scrollowaniu fb nie można przeznaczyć na odwiedzenie samotnej sąsiadki? 

Umarłych pogrzebać.

O życie ludzkie mamy troszczyć się od poczęcia, aż do naturalnej śmierci. Dużo mówi się o obronie nienarodzonych, jednocześnie bardzo mało o szacunku wobec zmarłych. A przecież my mamy ich pogrzebać, nie zagrzebać. Wystarczy, że wybierzesz się na groby bliskich nieco częściej niż tylko 1 listopada.

Grzeszących upominać.

Tak jak Pan Jezus powiedział: „Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik!” Kluczowa jest forma naszego upomnienia i to, co leży u jego podłoża. Można drugiego upomnieć z miłością i z troski o niego, ale upominając można też karmić własny egoizm i dowartościowywać siebie, co z troską o życie doczesne i wieczne, zarówno swoje jak i bliźniego, ma tyle wspólnego co piernik z wiatrakiem. Ucz się upominać, nie wypominać.

Nieumiejętnych pouczać. Wątpiącym dobrze radzić.

Sypanie „złotymi radami” z rękawa przychodzi nam zaskakująco łatwo i pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jesteśmy w tym mistrzami. A co pokazujemy własnym życiem? Bo wiedzieć to jedno, a żyć tą wiedzą to drugie. Warto więc przyjrzeć się relacji między swoim słowem a działaniem i zastanowić się, kogo w dobie sprzecznych ideałów chce się słuchać. Jak powiedział ks. prof. Antoni Słomkowski: „Człowiek współczesny chętniej przyjmuje sto prawd od ludzi niż jedną od Boga”. Może właśnie dlatego czujemy się zagubieni, nie wiemy co tak naprawdę jest dobre a co złe, a skutkiem tego jest to, że pouczamy tylko w teorii. Zacznij świadczyć swoim życiem.

Strapionych pocieszać.

Myślę, że wiele osób zgodzi się ze stwierdzeniem, że empatia jest dziś „na wymarciu”. Mało kto jest zdolny współodczuwać i prawdziwie pocieszyć. Słowa „będzie dobrze”, „nie martw się” zupełnie straciły na znaczeniu, bo ich wypowiadanie przychodzi nam z niezwykłą łatwością. Pocieszyć to nie znaczy poklepać po ramieniu. Pocieszać to być z kimś w potrzebie. Chorobą naszych czasów jest depresja i nie trzeba daleko szukać osób pogrążonych w smutku. Nie musisz nic mówić, ale ofiaruj swój czas i po prostu bądź.

Krzywdy cierpliwie znosić. Urazy chętnie darować.

„Miłość nie pamięta złego”. Zamiast wypominać sytuację sprzed 30 lat, lepiej dostrzec dobro jakie jest w człowieku, który jest obok w dniu dzisiejszym. Wystarczy, że czasem ugryziesz się w język i nie doprowadzisz do następnej kłótni.

Modlić się za żywych i umarłych.

Jak wiele z rzeczy o których napisałam wydaje się nam niemożliwych. Bo jak to tak? Znowu wrzucać złotówki temu żebrakowi na ulicy? Ubierać się inaczej niż wszyscy? Przygarniać pod swój dach obcego człowieka? Kochać kogoś kto mnie nienawidzi? Spędzać popołudnie ze starą babcią? Iść na cmentarz zamiast do parku? Mówić komuś jak ma żyć („nikt nie będzie mi mówił jak mam żyć!”)? Przede wszystkim słuchać Boga a nie drugiego człowieka? Trwać przy kimś w sobotni wieczór zamiast iść na imprezę? Nie pamiętać zła jakie ktoś nam wyrządził? Modlić się!? Codziennie!!? Człowiek może wiele dokonać. Ale tylko Bóg dokonuje rzeczy (dla nas) niemożliwych. Dlatego nawet (a może zwłaszcza wtedy) kiedy się nie chce, musisz modlić się, codziennie.

Jak się okazuje, bycie pro life to nie tylko uczestnictwo w marszach, wystawach i innych tego typu akcjach – owszem, jest to piękne i potrzebne, ale cytując ks. Jana Twardowskiego: „to wszystko psu na budę bez miłości”.

Chcesz być za życiem? To kochaj!

M.

On: Pro life.