Ona: Przewodnik po Mszy ślubnej. #3 Skrutynium.

Są takie trzy pytania, na które nawet „weź nie pytaj” Pawła Domagały, nie jest wystarczającą odpowiedzią. Mowa o kolejnej części Mszy ślubnej – skrutynium, czyli zanim powiesz „chcę”.

Czy chcecie dobrowolnie i bez żadnego przymusu zawrzeć związek małżeński?

W przypadku tego pytania sprawa jest prosta – odpowiedź „chcemy” jest warunkiem ważności sakramentu. Bez względu na to, czy do ślubu zostało nam kilka dni czy kilka miesięcy, warto już na tym etapie zapytać siebie samego – dlaczego to robię? Co prawda, czasy w których śluby aranżowano, a młodym nie specjalnie pozostawiano jakikolwiek wybór, nie stanowią już chleba powszedniego. Nie mniej, wiele związków małżeńskich zawieranych jest wciąż z przymusu – bo tak wypada, bo rodzina naciska, bo spodziewamy się dziecka, bo…, bo…, bo…

Czy chcecie wytrwać w tym związku w zdrowiu i w chorobie, w dobrej i złej doli, aż do końca życia?

„I żyli długo i szczęśliwie…” – wszyscy znamy te słowa, którymi kończy się większość bajek. I taki scenariusz, który wchodząc w związek małżeński mamy w głowie, bardzo łatwo nam przyjąć. To, że przed ślubem myślimy tylko i wyłącznie o tej dobrej doli nie jest niczym dziwnym. Wyobraźmy sobie jednak, że przysięga o byciu ze sobą „na dobre i na złe” okazała się zwiastować przede wszystkim to co złe, albo nawet co najgorsze. Pomimo naszych największych wysiłków, tu i teraz nie jesteśmy w stanie przewidzieć zachowania partnera w pięć lub dziesięć lat, a nawet w dzień po ślubie. Co jeśli w małżeństwie pojawi się ciężka choroba, problem alkoholizmu, zdrady, przemocy fizycznej lub psychicznej? Niektórzy twierdzą, że Bóg na pewno nie chce, by ludzie przechodzili przez takie trudności. Dopuszcza je jednak, bo jak sam powiedział: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niechaj się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.” (Mt 16, 24-25). Dla nikogo z nas cierpienie nie jest przedmiotem wyboru – jest to coś, co dzieje się poza naszą ludzką kontrolą. Tragizm jednak, nie tyle leży w tym co się nam przydarza, co raczej w tym, jak to przyjmujemy. Gdy pojawia się cierpienie, każdy z nas ma następujący wybór: otworzyć się na krzyż lub go odrzucić. Zamiast rozstawać się w godzinie próby, chrześcijańską odpowiedzią jest miłość w imię Boga – wybór krzyża dla uświęcenia małżonka. Bóg nie zmusza nikogo z nas do miłości, sam jednak miłuje nas do tego stopnia, że dla zbawienia świata wydał swojego Syna na śmierć. Podobnie w małżeństwie – jeśli małżonkowie na wzór Boży wytrwają w swojej miłości mimo nieszczęść, to będzie to dla nich równie zbawienne, jak miłość Boga dla świata.

Przeczytaj także: Wybierz dobry fundament Miłości!

Czy chcecie z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym was Bóg obdarzy?

Dla większości osób wchodzących w związek małżeński nie ma nic bardziej wyczekiwanego niż dziecko – symbol ludzkiego trwania. Dla większości, a więc nie dla wszystkich. Zgodzimy się chyba jednak, że nie można dać komuś tego, czego samemu się nie ma. Idąc tym tropem – życia nie przekaże ten, kto sam go w sobie nie ma. Odmowa wydania i przyjęcia życia jest sygnałem śmierci ducha, przeciwnie – wola posiadania dzieci jest oznaką serca przepełnionego szczęściem i miłością, tak wielkimi, że nie sposób nie przekazać ich dalej. W tym miejscu przypomina mi się spot z królikami. Idea dobra, przedstawienie niekoniecznie. W przekazywaniu życia nie chodzi przecież o to, by naśladować króliki. Wydawanie na świat nowego człowieka nie jest tylko powtórzeniem na nieco wyższym poziomie, tego co robią zwierzęta. Jest to raczej powtórzenie na nieco niższym poziomie tego, co czyni Trójca. Przyjęte z miłością dziecko, mamy w obowiązku po katolicku wychować. Ale co to znaczy? Ochrzcić (pozbawiając tym samym prawa wyboru), posłać do bierzmowania (być może ostatniego w życiu sakramentu), zapisać na katechezę szkolną (żeby był czas na odrobienie zadań z innych przedmiotów), ewentualnie zadać sobie trud nauki formuł codziennej modlitwy, a w porywach zapoznać z katechizmem. I tak, i nie. To wszystko jest potrzebne, ale niewystarczające. Mamy wprowadzić nasze dzieci w przyjaźń w Chrystusem – taką przyjaźń którą już jako ludzie dorośli będą chcieli samodzielnie podtrzymywać i rozwijać.

Zanim powiesz „chcę”, zastanów się czy aby na pewno.

M.

On: Przewodnik po Mszy ślubnej. #3 Skrutynium.