Ona: Ubierz się.

Nie mam się w co ubrać!„. Ile razy wypowiedziałaś te słowa stojąc przed niedomykającą się od nadmiaru ciuchów szafą? Ile razy słyszałeś to z ust swojej dziewczyny/narzeczonej/żony? A jak się okazuje, to dopiero wierzchołek góry lodowej. Bo wybrać strój to jedno, ale dobrać go stosownie do okazji to drugie.

Spróbujmy ogarnąć naszą babską szafę (czy tylko mi wydaje się, że brzmi to absurdalnie?).

Strój formalny.

Czyli wszystko to, co zakładamy chcąc podkreślić rangę wydarzenia, bądź też nasze kompetencje. Począwszy od sukni ślubnej, przez suknię balową i galową, skończywszy na małej czarnej. Wydawać by się mogło, że te stroje sprawiają najmniej problemu, bo biorąc pod lupę taki dzień ślubu to jest to chyba jeden z nielicznych dni w życiu kobiety, kiedy wstaje rano i wie w co się ubierze. Sama za chwilę stanę przed wyborem tej jedynej, wymarzonej od lat dziecięcych sukni i nie ukrywam, że przejrzałam ich już kilkanaście, kilkadziesiąt, kilkaset, albo i ciut więcej. I wiecie co? Jestem przerażona. M. śmieje się, że mam za wysokie wymagania i sama nie wiem czego chcę. Pewnie po części ma rację, bo nie zaprzeczajmy – czasem kobieta tupie nóżką, że czegoś chce, ale sama nie potrafi określić co to ma być. Kontynuując jednak wątek sukni ślubnej, a nie kobiecych widzimisię – każda z Pań, która już stanęła przed tym wyborem (albo tak jak ja, właśnie przed nim staje) wie o czym mówię (albo się domyśla). Nie chodzi wcale o jakieś wyszukane koronki, hafty czy zdobienia, bo to wszystko to oczywiście rzecz gustu, a jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje (chociaż czasem aż się prosi). Wszystko rozbija się o stosowność stroju, a konkretniej – o kolor i uszycie. Te dwie kwestie determinowane są religią i kulturą regionu w jakim ślub jest zawierany, ale skupmy się na naszych współrzędnych geograficznych, gdzie tradycyjnym kolorem sukni ślubnej jest biel oraz warianty koloru kremowego. Żyjąc tu gdzie żyję, nawet nie próbuję zrozumieć mody na suknie w innych kolorach. Po pierwsze – jak już powiedziałam, kolor ten jest w naszej kulturze pewną tradycją, a wbrew temu co myśli większość, wszelkie dobre tradycje należy podtrzymywać, a nie je obalać. Zresztą, jak już niejednokrotnie podkreślałam w swoich wpisach – lepsze jest wrogiem dobrego, a to co wydaje się lepsze często stwarza tylko takie pozory. Po drugie – za każdym kolorem stoi pewna symbolika, stąd też biel sukni ślubnej nie jest przypadkowa – przypisuje się jej szczęście, czystość serca, niewinność i dziewictwo. Dzięki Bogu w salonach mody ślubnej wciąż jeszcze dominują suknie białe (pytanie: jak długo?). To co mnie przeraża to ogrom dopasowanych do ciała niczym kostium rowerzysty sukien(ek), niewiele dłuższych od wyciągniętych i zalotnie podkręconych rzęs panny młodej, z dekoltem sięgającym pępka. O tempora, o mores! Kiedy na to patrzę to w mojej głowie rodzi się pytanie, czy to jest rzeczywiście strój na sam ślub czy może raczej na noc poślubną? Ktoś kto bierze ślub kościelny (pomijając już fakt, że innego nie ma) ma świadomość (a przynajmniej powinien mieć), że ślubuje przed samym Bogiem i podobnie jak rozdarte na kolanach dżinsy i pierwsza lepsza koszulka nie przystoją na niedzielną Mszę Świętą, tak i ten strój jest delikatnie mówiąc – nieodpowiedni na ślub. Osoby niewierzące i te spośród wierzących, których poprzednie zdanie nie przekonuje, powinny zwrócić uwagę na samą symbolikę i zastanowić się co chcą swoim strojem powiedzieć, bo co by nie mówić, wiele jest prawdy w stwierdzeniu „jak cię widzą tak cię piszą”.

Strój codzienny.

Myślę, że do tej kategorii większość z nas może zaliczyć niemalże całą swoją garderobę. Tutaj znajdzie się to wszystko co zakładamy do pracy, na zakupy, na spacer, na popołudniową kawusię z przyjaciółką, ale także wszystkie rzeczy walające się na (zwykle zaskakująco dużej) półce pt. „po domu”. Skoro to największa część naszej garderoby to wydawać by się mogło, że nie powinno być żadnego problemu z doborem stroju na co dzień. A jednak problem jest, a brzmi on: ubrana, a jednak rozebrana. Cytując kardynała Wyszyńskiego: „Bądź modna, ale moda ma także swoje granice. Nie dopuść, aby moda ograniczała twą skromność i godność. Nie dopuść, aby moda ciebie kształtowała. To ty twórz modę(…)”. Ubranie, jak sama nazwa wskazuje, ma ubierać – czyli zdobić, przystrajać. Utarło się w nas przekonanie, że to co modne to ładne, a to co skromne i godne to niemodne, a zatem i nie ładne. Leah Darrow powiedział: „Skromność wyzwala piękno”. Pięknem kobiety jest jej kobiecość. Znamienne jest, że strój formalny kobiety stanowią w przeważającej większości suknie, natomiast w stroju codziennym zostało to w mniejszym bądź większym stopniu zatracone. A kobieta jest kobietą nie tylko od święta i ma prawo, a wręcz powinna czuć się wyjątkowo każdego dnia, bez okazji. Spódnica i sukienka zawsze były symbolem kobiecości i w dzisiejszych czasach, bardziej niż kiedykolwiek, trzeba nam, kobietom, walczyć o to by tego nie zatracić. Ta walka kosztuje, ale stać nas na to.

Strój swobodny.

Krótko mówiąc – to wszystko czego nie da się wpasować do pozostałych dwóch kategorii (nawet na półkę „po domu”!), przy czym ubrania te mają ściśle określone przeznaczenie: ubrania sportowe, stroje kąpielowe, piżamy. Kategoria ta również często pozostawia wiele do życzenia i zdawać by się mogło, że projektanci aż zanadto biorą sobie do serca określenie „swobodny”. Siedząc na ławce w parku można dostrzec, że lansuje się dzisiaj modę na bieganie w czymś, co trudno określić mianem spodni i bluzki, a co często jest nie do odróżnienia od zwykłej, codziennej bielizny (można też udać, że się tego nie widzi, ale pytanie po co i dlaczego?). Idąc na plażę nie sposób zaprzeczyć, że strój plażowy jest często dużo bardziej skąpy od samej bielizny. A czy park w którym ludzie biegają co rano albo plaża jest jakimś upośledzonym miejscem publicznym, w którym podstawowe zasady nie obowiązują? Otóż nie. I zabrzmi to brutalnie, ale prawda jest taka, że brak nam, kobietom, wstydu i odwagi. Zamiast zerwać z tą głupią i nieskromną modą, która obraża naszą godność, ślepo za nią podążamy. Trudno żądać od mężczyzn godnego zachowania i szacunku wobec nas, skoro same nie zachowujemy się godnie i za nic mamy poszanowanie swojego ciała.

Zakończę, raz jeszcze cytując kardynała Wyszyńskiego: „Pamiętaj, masz strzec serca. Aby to uczynić, musisz najpierw strzec swego ciała(…)”.

M.

On: Ubierz się.

ZOBACZ TAKŻE:

  • Mi osobiście nie przeszkadza kto w co jest ubrany, o ile on się w tym dobrze czuje.
    Nie ma nic gorszego niż widok osoby wciśniętej w strój którego nie lubi i w którym źle się czuje.

    • trojcadopary

      To prawda, nie twierdzę, że trzeba kogoś wciskać w rzeczy w których się nie czuje. Jestem jednak zdania, że we wszystkim trzeba zachować granice dobrego smaku i przyzwoitości oraz mieć na uwadze to, że w zależności od miejsca w jakie się wybieramy obowiązują pewne etykiety, których nie powinno się naruszać.

  • Ja zawsze sobie przygotuje ciuchy wieczorem przed snem żeby nie tracić czasu rano „nie mam się w co ubrać!” 🙂

    • trojcadopary

      Też staram się tak robić, ale wtedy wieczorami łapię się na „nie mam się w co ubrać” 😂

  • Od blisko roku sama zawsze mam się w co ubrać. Mam w szafie tylko te ubrania, w których dobrze się czuję i/lub dobrze wyglądam – całej reszty pozbyłam się bez wyrzutów sumienia 😉

    • trojcadopary

      Idąc za głosem Perfekcyjnej Pani Domu: „jeśli nie chodziłeś w czymś od dwóch lat, nie łudź się – już tego nie założysz” 😉

  • Ja się wyzbyłam wszystkich rzeczy, których nie nosiłam i teraz naprawdę mam problem i nie mam w co się ubrać 😀 kupuję ciuchy zbyt chaotycznie i ciężko mi później spasować coś do czegoś.

    • trojcadopary

      Ach, to znalezienie złotego środka! 😀