ŚLUB,  ZWIĄZEK

Umierać dla siebie. #pogadajmyomałżeństwie

Zuzia & Michał
BÓGowscy / PAX

Zacznijmy od odpowiedzi na fundamentalne pytanie – czym jest miłość?

Miłość to decyzja. Decyzja dobra dla drugiego człowieka. Od pewnego dziecka usłyszeliśmy kiedyś: „wyjść za kogoś to znaczy umrzeć” – i coś w tym jest… kochając kogoś troszkę umierasz dla siebie.

Jeśli właśnie tym jest dla Was miłość, to co sprawiło, że zdecydowaliście się na małżeństwo? Dlaczego spośród tylu różnych dróg wybraliście właśnie tę?

Zuzia: Bo ja kocham umierać dla mojego męża. Na przykład kiedy widzę w kuchni szmaty zwinięte w kuleczkę, tak w jednym miejscu, jakby szły na szmaci meeting (śmiech).

A tak serio? Dlaczego nie zostałam singlem, albo cytując męża, nie znalazłam sobie innego wafla? (śmiech) Od zawsze marzyło mi się bycie żoną. To było pragnienie mojego serca i Bóg wysłuchał mojej prośby. Po różnych moich przejściach, popełnionych grzechach, martwiłam się że nikt mnie takiej nie zechce. Wtedy byłam bardzo załamana, bo marzyło mi się mieć rodzinę. A tu spotkałam takiego oto pięknego, mądrego Adonisa, z którym bardzo się dogadaliśmy, mieliśmy podobne przeżycia, więc idealnie to zaklikało. I dlatego też to wyszło tak szybko – po tygodniu zostaliśmy parą. Wiedziałam, że to jest to. Michał zresztą też, bo kiedy modlił się o dobrą żonę, to powiedział Bogu wprost: „następna to niech już będzie ta, bo nie mam czasu się bawić w jakieś chodzenie, związki”. Ja to samo.

Michał: A skarpetki? Skarpetki ci nie przeszkadzają? (śmiech).

Ja chciałem być franciszkaninem i mnie brat powołaniowiec ogarnął. Powiedział żebym przemyślał swoją decyzję. Byłem wtedy świeżym neofitą, jak poznałem Pana Boga to mnie siekło i chciałem być franciszkaninem, bo poczułem takiego kopa, takiego powera. A franciszkanin powiedział: „Dobra, ale weź przyjdź za rok. Jak przyjdziesz taki odpalony na Pana Boga za rok, to wtedy cię przyjmę”. No i za rok przyszedłem… ale z Zuzią.

Musieliśmy się poznać, przetrzeć szlaki …herezji (śmiech), bo Zuzia jest protestanką, ja katolem – więc się musieliśmy jakoś dotrzeć, porozumieć, dogadać. No i przede wszystkim się pomodliliśmy o to czy mamy żyć ze sobą, czy to jest ta decyzja, czy są jakieś przeszkody. Wszystko to obgadaliśmy na pierwszych randkach. I Pan Bóg powiedział: „to jest ta droga, idźcie i radujcie się” (Flp 4,4). No to stwierdziliśmy, że idziemy i się radujemy! I że nie ma że boli. Po 2,5 roku wzięliśmy ślub.

Jaki był dzień Waszego ślubu i jaka jedna rzecz utkwiła Wam z niego w pamięci?

Wspólna modlitwa! Katolicy i protestanci, którzy podali sobie ręce na znak pokoju, którzy razem się modlili i uwielbiali Boga. No i moment, kiedy sobie ślubowaliśmy!

A jaki był nasz ślub? Był piękny! Wszystko prowadził ksiądz Mirek Jajko, którego pozdrawiamy. A wesele? Wesele było po prostu kontynuacją tego, co już się zadziało w kościele.

Jak rozumiecie słowa przysięgi, którą złożyliście sobie przed Bogiem? W jaki sposób wypełniacie ją w Waszej małżeńskiej codzienności?

Zuzia: Pod tymi słowami kryje się tak na prawdę o wiele więcej. Kiedy na przykład mamy jakieś spięcie to nie tak, że sobie nawrzucamy i potem jest tydzień ciszy, tylko my dużo ze sobą rozmawiamy. Siadamy i rozmawiamy, bo nie chcemy iść spać pokłóceni. Więc kiedy któreś z nas siedzi cicho, to ten drugi przychodzi i mówi: „porozmawiajmy, bo nie może tak być”.

Michał: Ja jestem facetem, więc ja to biorę łopatologicznie (śmiech). Tak jest napisane, tak ma być. Amen! Miłość, wierność i uczciwość małżeńska. Tyle. Że będę kochał, że będę mówił i że żona moja nie będzie robiła fochów („nie kochanie, nic się nie dzieje”), tylko mi będzie mówiła od razu, bo jest uczciwa wobec mnie. Wypełnieniem tej przysięgi jest dla nas codzienne świadectwo życia.

Czy coś zmieniło się w Waszym życiu po ślubie? A jeśli tak, to co?

Zuzia: Bóg bardzo zaczął błogosławić. Ogromnie! Zaczęły się dziać wielkie rzeczy. Michał dostał pracę w telewizji. Ja też dostałam super robotę, poznałam wspaniałych ludzi, zaczęłam rozwijać się wokalnie. Naprawdę widać było, że Pan Bóg kładzie swoją rękę nad tym. Do tego stopnia, że kiedy jeszcze ja zaszłam w ciążę, to nagle w przeciągu miesiąca znalazły się pieniądze na mieszkanie, na psa. Także, każdego dnia doświadczamy tego, że to była dobra decyzja.

Michał: Seksik był (śmiech). I mamy dziecko!

Co sprawia, że każdego dnia na nowo wybieracie siebie?

Zuzia: Mamy taką praktykę, że kiedy się modlimy (najczęściej razem, jeśli nie da rady to osobno), to zawsze prosimy: „Panie Boże, prosimy Cię, byśmy każdego dnia kochali się coraz bardziej”. I dlatego wybieramy siebie …bo Pan Bóg błogosławi. Ja szaleję za moim mężem i każdego dnia kiedy wychodzi to odliczam minuty kiedy wróci …bo tak go bardzo kocham! To jest też super, że ludzie nam mówili, że jak będziemy mieli dziecko, to będziemy już zupełnie inni, zdziadziali, a my cały czas jesteśmy tacy, jakimi byliśmy zawsze.

Michał: Łóżko wspólne! Bo jak wstaję rano, to od razu pierwsze co wybieram to Zuzia (kiedy ona jeszcze smacznie śpi). Kocham moją piękną żonę, która mówi mi o wszystkim, która kocha mnie i wiem, że jak mi źle to mi pomoże. Wiem że mnie wspiera, zawsze jest po mojej stronie. Wiem że mnie szanuje, że chce dla nas jak najlepiej. Jest cudem największym!

Wasza rada dla osób przygotowujących się do małżeństwa?

Rozmawiajcie – bardzo dużo i o wszystkim! Módlcie się wspólnie! I rozeznawajcie swoje powołanie – czy to jest aby na pewno to, do czego Pan Bóg was powołuje. Czy to jest ta osoba, ta relacja. Módlcie się o drugą osobę. Czy Pan Bóg tak widzi wasze życie z tym kimś? Rozeznajcie, siądźcie na modlitwie, poczekajcie – niech Pan Bóg wtrąci swoje trzy grosze. Bo może się okazać, że ma inną, wspanialszą osobę dla was, z którą po prostu będziecie szczęśliwsi. I tak będzie lepiej – i dla was, i dla tej drugiej osoby. Chyba, że Pan Bóg powie, że to Wy. U nas wielokrotnie potwierdzał to przez swoje Słowo. Kiedy Michał kupował pierścionek zaręczynowy, to przed sklepem z obrączkami przeczytał Słowo: „żony bądźcie posłuszne mężom, mężowie szanujcie swoje żony” (Kol 3, 18-19) – no i amen!

…i może jeszcze dla świeżo upieczonych małżonków?

Módlcie się i rozmawiajcie. A dla świeżo upieczonych małżonek (bo teraz żyjemy w takich czasach, że wiecie… kobieta, równouprawnienie, te sprawy…) – jak ty zrobisz coś dla męża, to mąż też się odwdzięczy, więc nie każ mężowi robić czegoś na siłę z myślą, że on sam do tego dojdzie. Najpierw sama wyjdź z inicjatywą.



______________________________________________________________________________

Pozostałe wpisy z serii

POGADAJMY O MAŁŻEŃSTWIE



Czegokolwiek byśmy o sobie nie powiedzieli, to czy to wystarczy, by opisać kim jesteśmy? Czy zainteresowania, obecne zajęcie lub praca są w stanie wyczerpać treść słowa ,,ona” i „on”’? Możemy powiedzieć, że jej ulubiony kolor to niebieski a jego czerwony; że ona nie wyobraża sobie poranka bez kawy a on bez herbaty; że ona dorabia na waciki (i ślub) ucząc chemii i biologii, w wolnym czasie eksperymentuje w kuchni z potrawami z różnych stron świata, amatorsko robi sesje zdjęciowe i zajmuje się ich obróbką, podczas gdy on interesuje się historią, polityką międzynarodową, podróżami i dobrymi piwami. Możemy, ale czy to wystarczy? Co sprawia, że ona to ona, a on to on? To co umiemy, to co robimy, to z kim rozmawiamy? To, co mamy, co chcemy mieć, co nigdy nie będzie nam dane? Cały czas brakuje tu tego ,,czegoś”. Brakuje w tym wszystkim ducha. Bo to właśnie duch – nasze serce określa i determinuje kim jesteśmy. Serce w którym jest wielka dziura. Dziura, której nie możemy wypełnić sobą nawzajem, a którą może wypełnić tylko Bóg. Dlatego mówimy o sobie: TRÓJCA DO PARY. Bo jak pisał abp Sheen: „Żeby serce kochało, konieczna jest trójca – Kochający, kochany oraz Miłość sama.” M&M